— Nie chcę o nic pytać. Najlepsza dla mnie rzecz, nie wiedzieć nic. To tylko pewne, że Lars Gunnarson nigdy nie tknie laski mego ojca!

Zwróciła się ku odejściu, gdy nagle przystanęła znowu.

— Słuchajcie, Janie! — powiedziała. — Weźcie wy laskę i czapkę! Rada bym, by rzeczy te znalazły się w rękach człowieka dobrego i uczciwego. Nie mam odwagi zabierać tego do domu, bo mogliby mnie zmusić, bym je dała Larsowi. Weźcie je na pamiątkę po swym dawnym gospodarzu, który wam był zawsze życzliwy.

Wyprostowana, dumna, odeszła w stronę Falli, a Jan został na drodze z laską i czapką w ręku.

Pojąć nie mógł, jak i czemu się to wszystko stało. Nie spodziewał się nigdy w życiu takiego zaszczytu. Czyż naprawdę te rodzinne pamiątki, te rodowe klejnoty były jego własnością?

Ale niedługo wytłumaczył to sobie. We wszystkim tym tkwiła oczywiście Klara Gulla. Gospodyni z Falli wiedziała, że czeka go niebawem wielkie szczęście i zaszczyty, toteż uznała, że nie ma dlań nic zbyt drogocennego i wielkiego. Gdyby zresztą cała laska była ze szczerego srebra, a czapka ze złota, natenczas zapewne byłaby stosowniejszym jeszcze podarkiem dla ojca Klary Gulli.

W jedwabiach

Nie nadchodził wcale list od Klary Gulli ani do ojca, ani do matki, ale Jan niewiele sobie z tego robił, wiedział bowiem, że dlatego milczy, by tym bardziej uradować rodziców, gdy nadejdzie pora ogłoszenia zdumiewającej nowiny.

Mimo to dobrze się stało, że Jan zdołał po trochu zerknąć jej w karty, gdyż inaczej mógłby się był dać omamić ludziom, którzy twierdzili, że wiedzą więcej niż własny ojciec Klary Gulli o tym, co czyni i co się z nią dzieje.

By dać przykład, można by przytoczyć, co się zdarzyło Katarzynie na placu kościelnym pewnej niedzieli.