W pierwszą niedzielę adwentu udała się Katarzyna do kościoła, a gdy wróciła, była dziwnie zastraszona i zmieszana.
Spostrzegła kilku wyrostków, którzy powrócili ze Sztokholmu, gdzie pracowali jesienią przy murarce, a teraz paplali wesoło z parobczakami i dziewczętami.
Katarzyna, zobaczywszy ich, podeszła, przypuszczając, że dowie się czegoś o Klarze Gulli i chciała wszcząć z nimi rozmowę.
Właśnie opowiadali widocznie wesołe historyjki, bo parobczaki śmiali się na całe gardło. Nie spodobało się to Katarzynie, bowiem stali tuż pod samym kościołem. Sami zresztą spostrzegli, że czynią rzecz niewłaściwą, bo za zbliżeniem się jej, trącili się łokciami i zamilkli nagle.
Pochwyciła jeno parę słów, które mówił jeden z wyrostków, obrócony do niej plecami, tak że nie wiedział, iż nadchodzi.
— Powiadam wam... była cała w jedwabiach... ha... ha... ha...!
W tej samej chwili chłopak dostał takiego szturchańca w kark od jednej z dziewcząt, że zamilkł, obrócił się i oblał się cały rumieńcem, widząc stojącą tuż przy sobie Katarzynę.
— Czegóż chcesz? — ozwał się nagle do dziewczyny, która go trąciła. — Czyż nie mogę opowiadać, że królowa była cała w jedwabiach?...
Na te słowa parobcy wybuchli głośniejszym jeszcze śmiechem, a Katarzyna poszła, widząc, że nie dowie się niczego.
Wróciła do domu tak strapiona, że Jan omal nie zdecydował się opowiedzieć jej, jak się w rzeczywistości mają sprawy z Klarą Gullą. Ale rozmyślił się, poprosił tylko, by mu raz jeszcze powiedziała, co chłopcy opowiadali o królowej.