— Dlaczego trzymamy jej dziadka? — ciągnął pan Blomgren. — Czy jest artystą, który nas obchodzi? Moglibyśmy wziąć ze sobą byłego członka dworskiej kapeli. Ale kochamy dziewczynkę, nie umiemy bez niej żyć; trzymamy dziadka ze względu na nią.
— Czy to nie okrutne, że nie pozwala nam zrobić z siebie artystki? — spytali.
Hede się odwrócił. Mała przewodniczka ślepca miała na twarzy wypisany ból pełen cierpliwości. Widział po niej, że dobrze wie: ten, co nie tańczy na linie, jest niezdarnym, nędznym stworzeniem.
W tej chwili wmaszerowali na nowe podwórko, lecz zanim zaczęto spektakl, Hede usiadł na odwróconej taczce i wygłosił kazanie.
Oto bronił biedną przewodniczkę ślepca. Potępił pana i panią Blomgren, że chcieli wystawić ją przed wielką, okrutną publiką, która kochałaby ją i oklaskiwała do czasu, a gdy się zestarzeje i zmęczy, zostawiłaby ją na ulicy na pastwę losu, jesienną słotę i chłód. Nie, artystą jest ten, kto uszczęśliwia drugiego człowieka. Ingrid będzie miała oczy i uśmiech dla jednego, oszczędzi je dla tego jedynego, a on jej nie opuści, lecz podaruje jej bezpieczny dom do końca jej dni.
Gdy Hede przemawiał, do oczu napłynęły mu łzy. Bardziej mówił do siebie niż do gawiedzi. Nagle poczuł, jakie to potworne, gdy ciągną cię w świat, z dala od domowego spokoju.
I dojrzał, jak duże, gwieździste oczy dziewczynki zaświeciły. Jakby zrozumiała każde jego słowo. Zdało się, że znów chce jej się żyć.
Lecz pan i pani Blomgren spoważnieli. A ściskając dłoń Hedego, obiecali, że już nigdy nie będą namawiać dziewczyny na karierę artystyczną. Będzie kroczyć tą drogą, którą sama wybierze. Wzruszył ich. Byli artystami, pełnymi ognia artystami, zrozumieli, co miał na myśli, gdy mówił o lojalności i miłości.
Po tym wszystkim Hede pożegnał się i wrócił do siebie. Już nie szukał tajemnego znaczenia w swojej przygodzie. W końcu nie było w tym innego sensu niż ten, że ma wybawić to biedne, smutne dziecko od zgryzoty — bowiem dziewczynka nie miała za grosz talentu!