— A oto i nasze dziecko, co to ją pochowali — odezwała się pani, życzliwie kiwając głową. — Czy zechcesz być tak miła i opowiedzieć mi swą historię? Widzisz, siedzę tu sama i o niczym nie wiem.

I Ingrid zaczęła na nowo opowiadać. Nie doszła jednak daleko, gdy jej przerwano. Jaśnie pani zareagowała zupełnie jak wcześniej panna Stava. Wstała, odsunęła jej chustkę i spojrzała w oczy.

— Tak, tak — jaśnie pani mówiła do siebie. — Rozumiem to. Rozumiem, że usłuchał takich oczu.

Po raz pierwszy w życiu Ingrid została pochwalona za odwagę. Radczyni uznała, że jest bardzo dzielna, skoro zaufała obłąkanemu.

Oczywiście, że się bała, ale bardziej tego, że ludzie zobaczą, jak wygląda. A on wcale nie wydawał się groźny, był wręcz mądry. I taki dobry.

Jaśnie pani chciała poznać jego imię, ale Ingrid go nie znała. Słyszała jedynie, że wołają na niego „Kozioł”.

Kilka razy radczyni dopytywała, jak się zachowuje, gdy przychodzi sprzedawać. I czy ona się z niego nie śmiała, czy nie uważała, że ten Kozioł wygląda potwornie. Dziwnie było usłyszeć słowo „Kozioł” w ustach jaśnie pani. Wypowiadała je z nieskończoną kąśliwością, a jednak raz po raz je powtarzała.

Nie, Ingrid zaprzeczyła. Nie zwykła naśmiewać się z nieszczęśników.

Radczyni wyglądała łagodniej, niż można by sądzić po jej słowach.

— Nasze dziecko musi faktycznie mieć zrozumienie dla obłąkanych — rzekła. — To wielki dar. Większość z nas boi się tych biedaków.