Wysłuchała Ingrid do końca, po czym się zamyśliła.
— Ponieważ dziewczyna nie ma innego domu — powiedziała — zapraszam ją, by u mnie zamieszkała. Żyję tu sama, stara kobieta, a ona będzie mi towarzyszyć. Zadbam, by miała to, czego potrzebuje. Czy to cię zadowala, moje dziecko? Przyjdzie czas — ciągnęła — że trzeba będzie powiadomić rodziców, żeś żywa, ale na razie zostawimy to tak, jak jest, byś mogła odzyskać spokój. I możesz mi mówić „ciotko”, moje dziecko. A jak mam do ciebie się zwracać?
— Ingrid, Ingrid Berg.
— Ingrid... — Jaśnie pani wpadła w zadumę. — Chciałabym mówić do ciebie inaczej. Jak tylko tu weszłaś, z oczami jak gwiazdy, pomyślałam, że powinnaś mieć na imię „Mignon”.
Kiedy dziewczyna zrozumiała, że znalazła prawdziwy dom, na nowo poczuła pewność, że przyprowadziły ją tu jakieś nadnaturalne moce. Wyszeptała podziękowania swemu niewidzialnemu stróżowi, po czym zwróciła się z wyrazami wdzięczności do radczyni, panny Stavy i Anny Stiny.
*
Ingrid leżała w łożu z baldachimem, rozkołysana w falach pierzyn. Było ono wysokie na półtora łokcia; pościel i jedwabna kołdra z szerokim na kciuk haftem, a na nim szwedzkie korony i francuskie lilie. Łóżko było tak szerokie, że mogła leżeć, jak tylko chciała, wzdłuż albo wszerz, i tak wysokie, że wchodziło się nań po dwóch schodkach. W górze, u sufitu tkwił amorek, który zrzucał barwne zasłony, a na kolumnach przy łóżku siedziały inne amorki, unoszące draperię, układającą się w festony.
W tej samej komnacie znajdowała się stara, masywna komoda z drzewa cytrynowego — z niej Ingrid mogła wyciągać tyle białej, pachnącej pościeli, ile tylko zapragnęła. Była tam także szafa z mnóstwem pięknych, barwnych sukni z jedwabiu i muślinu; te, wisząc, zastanawiały się, którą z nich dziś włoży.
Gdy się budziła, znajdowała obok łóżka kawę na tacy, z której połyskiwało srebro i zamorska porcelana. Każdego poranka zanurzała białe ząbki w puszystym, jasnym chlebie pszennym i wybornym cieście migdałowym. Codziennie ubierała się w lekką, muślinową sukienkę, na plecach wiązaną przepaską. Włosy układano jej wysoko, a na czoło spadał wianuszek loczków.
Na ścianie między oknami miała lustro o cienkim szkle i grubej ramie, w którym mogła się przeglądać; kiwając głową w stronę wizerunku, pytała: „Czy to ty, czy to naprawdę ty? Jak się tu znalazłaś?”.