— Ingrid — odezwała się radczyni znad robótki — zdaje się, pani Żal zajechała przed dom. Z pewnością to jej dzwoneczek zadźwięczał. Zauważyłaś, że ona nie ma dużych dzwonków przy końskich uzdach, tylko jeden maleńki? Ale go słychać, ach, jakże go słychać. Zejdź na ganek, Ingrid, i zaproś panią Żal do środka!
Kiedy Ingrid zeszła na dół, pani Żal rozmawiała z panną Stavą na werandzie. Nie zauważyły dziewczyny.
Ze zdziwieniem Ingrid dostrzegła, że coś się kryje pod kołnierzami garbatej staruszki, coś jak kir15. Było to dobrze schowane. Dziewczyna wytężyła wzrok i zobaczyła parę wielkich mroczkowych skrzydeł, które w ten sposób tamta próbowała ukryć. Teraz pani Żal zaintrygowała dziewczynę jeszcze bardziej. Ingrid chciała zobaczyć jej twarz, lecz starsza pani rozglądała się po podwórzu, zwrócona do niej tyłem. Za to gdy wyciągnęła do Stavy rękę, dziewczyna dojrzała, że jeden palec jest dużo dłuższy od pozostałych i zakończony wygiętym szponem.
— Nic się tu nie zmieniło w obejściu — odezwała się.
— Nic, miłościwa pani — odparła panna Stava.
— Nie posialiście tu żadnych kwiatów, nie przesadzaliście drzew? Nie naprawiliście mostu, nie plewiliście alei?
— Nie, miłościwa pani.
— Jest zatem tak, jak powinno być — powiedziała staruszka. — Nie szukaliście aby rudy i nie ośmieliliście się wycinać lasu, który zaczął wciskać się na pola, prawda?
— Nie, miłościwa pani.
— I nie czyściliście studni?