Dziewczyna wzdrygnęła się. Pani Żal miała małą, pomarszczoną twarz, ściśniętą u dołu tak, że żuchwy prawie nie było widać. Jej zęby przypominały ostrze piły, nad wargą miała liczne włoski, brwi zbite w kołtun, a cerę całkiem brunatną.

Ingrid zastanawiała się, czy panna Stava nie widzi tego, co ona zobaczyła. Pani Żal nie była człowiekiem. Była zwierzęciem.

Dostrzegłszy Ingrid, pani Żal rozchyliła wargi, aż zęby błysnęły.

— A ta skąd się tutaj wzięła? — zwróciła się do Stavy. — Sądziłyście, że jest wysłanniczką. W jej oczach zobaczyłyście kogoś, kto uzdrowi panicza. Dziewczyna dobrze radzi sobie z szaleńcami. No, i jak poszło?

— Niezbyt dobrze. Nic nie uczyniła.

— Zadbałam o sprawę — wyjaśniła pani Żal. — To moja zasługa, żeście się nie przyznały, dlaczego wolno jej zostać. Gdyby wiedziała, nie robiłaby sobie płonnych nadziei, że spotka ukochanego. Gdyby nie robiła sobie nadziei, nie poczułaby tak wielkiego rozczarowania. A gdyby nie rozczarowanie, które ją sparaliżowało, może uczyniłaby coś dla tego szaleńca. A tak nawet nie spojrzy w jego stronę. Nienawidzi go, bo nie jest tym, kim miał być. To moje dzieło, panno Stavo, moje dzieło.

— Miłosierna pani zna się na rzeczy — przyznała panna Stava.

Pani Żal wyjęła koronkową chusteczkę i wytarła zaczerwienione oczy. Wydawało się, że gest ten wyraża uciechę.

— Nie musi panna udawać — rzekła. — Nie podoba jej się, że moje ptaszyska zajmują cały pokój. Nie podoba jej się, że wkrótce zajmą cały dom. Wiem o tym. Ona i jej pani chciały mnie przechytrzyć. Ale przepadło...

— Tak — przytaknęła panna Stava — miłościwa pani może być spokojna. Przepadło. Panicz dziś odchodzi. Spakował swój wór, z pewnością już jest w drodze. To, o czym jaśnie pani i ja marzyłyśmy przez całą jesień, przepadło. Dziewczyna nie zrobiła nic. Sądziłyśmy, że chociaż przekona go, by został w domu; lecz mimo całej dobroci, którą jej okazałyśmy, nic dla nas nie uczyniła.