— Tak, wiem, nie było z niej pożytku — powiedziała pani Żal. — W każdym razie musi stąd odejść. O tym właśnie chcę pomówić z jaśnie panią.
Pani Żal zaczęła wspinać się na chwiejnych nogach na piętro. Z każdym krokiem lekko unosiła skrzydła, jakby pomagając tym sobie. Z pewnością wolałaby pofrunąć.
Ingrid poszła za nią. W jakiś osobliwy sposób była nią oczarowana. Gdyby to była najpiękniejsza kobieta na świecie, nie podążałaby za nią chętniej.
Gdy weszła do saloniku, pani Żal siedziała na kanapie obok radczyni i szeptała do niej w zaufaniu, jak gdyby były drogimi sobie, starymi przyjaciółkami.
— Rozumiesz chyba, że nie powinnaś jej u siebie zatrzymać — stanowczo rzekła pani Żal. — Ty, która nie znosisz, kiedy w ogrodzie rośnie choćby jeden kwiat, nie możesz pozwolić, by po twoim domu chodziło młode dziewczę. Za taką idzie zawsze jakaś radość, uciecha. Tobie to nie może odpowiadać.
— Nie, właśnie nad tym rozmyślam.
— Zdobądź dla niej miejsce damy do towarzystwa gdzie indziej, ale tu jej nie trzymaj!
Wstała, by się pożegnać.
— Tylko to chciałam ci powiedzieć. Jak się masz poza tym?
— Ostrza wwiercają mi się w serce — odparła radczyni. — Dopóki jest w domu, żyję tylko dla niego. Jest gorzej niż zwykle, tym razem o wiele gorzej. Już nie daję rady.