— No, a gdzie ona mieszka?

— Ona nie ma domu, nie ma gospodarstwa — powiedział Hede. — Mieszka w moim worze.

Służąca uznała, że to miły dom, i zapytała o jej rodziców.

— Ona nie ma ojca ani matki — powiedział Hede. — Jest piękna jak kwiat, dorastała w ogrodzie.

Tyle powiedział — dość klarownie, ale gdy chciał opisać urodę narzeczonej, nie potrafił już dojść do ładu. Wymówił mnóstwo słów, lecz te dziwnie się ze sobą plątały. Nie dało się podążać za jego myślą, ale jemu samemu mówienie sprawiało wiele radości. Uśmiechał się promiennie.

Ingrid szybko odeszła. Nie potrafiła tego znieść. Nic nie mogła dla niego uczynić. Odstręczał ją.

Nie uszła dalej niż na szczyt schodów, aż nagle poczuła wyrzuty sumienia. Dano jej tutaj tyle dobra, a ona nie chciała się nijak odwdzięczyć.

By zapanować nad swoją niechęcia wobec niego, spróbowała zamienić go w myślach w panicza. Jak dawniej wyglądał, ubrany elegancko, z włosami zaczesanymi do tyłu? Zamknęła oczy, wyobrażając to sobie. To niemożliwe. Nie była w stanie zobaczyć w nim nikogo więcej niż tego, kim był.

W tej samej chwili stanął jej przed oczami kontur ukochanej twarzy. Unosił się z lewej strony, cudownie wyraźne.

Tym razem twarz się nie uśmiechała — usta były wygięte w bólu, a ostre linie w ich kącikach wyrażały straszne cierpienie.