Ingrid patrzyła na nią, stojąc na środku schodów. Twarz była lekka i rozproszona, tak mało uchwytna jak promień słońca, który odbija się od oszlifowanego żyrandola — a jednak widoczna, a jednak prawdziwa. Pomyślała o wizji, jaka ukazała jej się przed chwilą, ale ta była inna. To była rzeczywistość.

Kiedy przez moment patrzyła na twarz, ta zaczęła poruszać ustami; mówiła, chociaż nie wydawała żadnego dźwięku. Wtedy dziewczyna chciała zobaczyć, co mówi, wyczytać słowa z ruchu warg, jak to robią głusi — i udało się jej.

— Nie pozwól mi odejść! — prosiły usta. — Nie pozwól mi odejść!

I ten lęk, z jakim to zostało powiedziane! Gdyby ktoś legł u jej stóp i błagał o życie, nie ujęłoby jej to bardziej. Cała aż drżała ze zdenerwowania. W jej życiu nie przydarzyło się nic bardziej rozdzierającego serce. Nigdy nie sądziła, że można błagać z takim strasznym lękiem.

Raz po raz usta błagały: „Nie daj mi odejść!”, a z każdym razem strach stawał się coraz silniejszy.

Ingrid nie rozumiała niczego; stała w bezruchu, ogarnięta nieopisanym współczuciem.

Uznała, że komuś, kto tak błaga, musi chodzić o coś więcej niż życie — tu idzie o ratunek dla duszy.

Wargi nie poruszały się więcej, półotwarte zastygły w rozpaczy.

Kiedy przybrały ten wyraz niemocy, dziewczyna wydała z siebie okrzyk, spadając kilka stopni w dół. Rozpoznała twarz tego szaleńca, taką, jaką przed chwilą widziała.

— Nie, nie, nie! — wykrzyknęła. — Tak być nie może, nie może. To niemożliwe, to nie jest on!