W tej samej chwili twarz zniknęła.

Przez całą godzinę siedziała na zimnych schodach, płacząc z bezsilności. Aż w końcu przyszła nadzieja, jasna nadzieja, która jej ulżyła. Ośmieliła się podnieść głowę.

Wszystko, co się zdarzyło, wskazywało na to, że go uratuje. Dlatego została tu sprowadzona. Uratuje go swoją wielką radością.

W saloniku jaśnie pani rozmawiała z panną Stavą. Żałośnie brzmiało, gdy prosiła gosposię o przekonanie syna, by został jeszcze dni kilka.

Panna Stava była szorstka.

— Prosić go można — powiedziała — ale jaśnie pani sama wie, że nikt go nie przekona, by został dłużej, on niż chce.

— Mamy pieniądze. W ogóle nie musi odchodzić. Czy panna Gustava nie może mu powiedzieć...

W tym momencie Ingrid weszła do środka. Drzwi otworzyły się bezdźwięcznie. Sunęła przez pokój lekkim krokiem; oczy jej błyszczały, jakby widziały coś w dali, coś wspaniałego.

Gdy jaśnie pani dostrzegła Ingrid, zmarszczyła brwi. Opanowała ją chęć bycia okrutną, sprawienia dziewczynie bólu.

-– Ingrid — rzekła — chodź do mnie! Muszę pomówić z tobą o przyszłości.