— Widziałam panienkę Berg przed chwilą na lodzie — oznajmił.
Nic o niej nie wiedział, nigdy przedtem z nią nie rozmawiał.
Rozdział dziewiąty
Nastąpił krótki okres szczęścia. Gunnar Hede nie był całkowicie zdrowy, ale jego najbliżsi i tak się cieszyli — mogli przynajmniej się łudzić, że jest na dobrej drodze. Duża część jego pamięci zniknęła, nie miał świadomości długich okresów życia, nie potrafił grać na skrzypcach, a cała jego wiedza niemal przepadła; umysł miał tak bardzo słaby, że niechętnie czytał i pisał. Jednak z pewnością czuł się lepiej: nie był przerażony, lubił matkę, odzyskał wygląd i zwyczaje panicza. Nietrudno się domyślić, że radczyni i pozostali domownicy byli zachwyceni.
Hede był w wybornym nastroju, od rana do wieczora tylko się cieszył, nie wpadał w zadumę, omijał wszystko, czego nie rozumiał, nie rozmawiał o sprawach wymagających myślenia — o reszcie mówił radośnie i z ożywieniem.
Największą przyjemność sprawiał mu ruch. Zabierał Ingrid na sanki i na łyżwiarskie przejażdżki; nieczęsto się do niej odzywał, ale i tak jego towarzystwo sprawiało jej przyjemność. Był dla niej życzliwy, jak wobec wszystkich, lecz nie wydawał się ani trochę zakochany.
Często rozmyślał o narzeczonej, zastanawiając się, dlaczego do niego nie pisze. Lecz i ta troska szybko się ulotniła. Natychmiast odtrącał ponure myśli.
Ingrid była przekonana, że w ten sposób nie może mu się polepszyć. Kiedyś trzeba go będzie zmusić do myślenia, do wejrzenia w siebie — na co na razie nie miał odwagi. Ale nie śmiała go do tego namawiać — ani ona, ani nikt inny. Gdyby choć trochę ją lubił, myślała, łatwiej byłoby jej się odważyć.
W końcu uznała, że teraz wszystkim potrzeba po prostu odrobinę radości.
*