Nic więc dziwnego, że pewnego marcowego dnia niewielkie, czerwone sanie, pomalowane w zielone tulipany i ciągnięte przez małego, rudego konika z plebanii, zatrzymały się przed schodami Munkhyttan.
Rzecz jasna Ingrid musiała wracać do matki. Przyjechał po nią wikariusz. Nie rozprawiał o tym, jak bardzo się cieszy, że dziewczyna żyje. Ale widać było, że jest wielce uradowany. Nigdy nie umiał sobie wybaczyć, że źle traktowali przybraną córkę, a teraz promieniał ze szczęścia, licząc, że to nowy początek i że tym razem pójdzie im lepiej.
Powód jej ucieczki pozostawiono bez słowa. Po tak długim czasie nie warto było w tym grzebać ani się tym zadręczać. Jednak Ingrid zrozumiała, jak ten czas musiał być ciężki dla wikariuszowej, jak cierpiała z powodu wyrzutów sumienia i jak bardzo chcą ją mieć w domu z powrotem, by naprawić swe błędy. Pojęła, że wręcz musi pojechać na plebanię, by pokazać przybranym rodzicom, że nie żywi do nich urazy.
Wszyscy uznali za naturalne, że odwiedzi dom na tydzień lub dwa. Dlaczegóż by nie? Nie miała wymówki, że potrzebują jej tu, gdzie teraz była. Mogła wyjechać na parę tygodni, Gunnarowi Hedemu nic się nie stanie. Trudno jej było opuścić to miejsce, ale uznała, że najlepiej będzie, jeśli pojedzie, skoro każdy zdaje się tego sobie życzyć.
Może by i chciała, żeby ją prosili o pozostanie. Wsiadała do sań z poczuciem, że radczyni albo panna Stava wyciągną ją i odprowadzą do środka. Wydało jej się nierealne, że sunie aleją, jedzie przez las, a Munkhyttan znika gdzieś za nią.
A może jest tak, że nie chciały jej zatrzymać z czystej dobroci, całkiem słusznie sądząc, że młodość i chęć życia pragną uciec od osamotnienia w Munkhyttan? Może myślały, że znużyło ją czuwanie nad obłąkanym. Ingrid uniosła rękę, chcąc chwycić za lejce, by zawrócić konia. Gdy była już milę od majątku, wpadło jej do głowy, że właśnie dlatego pozwolono jej odjechać. Chciałaby wrócić i zapytać je o to.
To było jak błądzenie po zwodniczym lesie, wśród wielkiej ciszy, która ją otaczała. Nikt jej nie dawał żadnych wskazówek, znikąd odpowiedzi. Tyleż samo radziły jej sosny, świerki, wiewiórki i puchacze, co człowiek.
*
Było jej obojętne, jak przyjmą ją na plebanii. Wydawali się jej bardzo radzi — takie miała wrażenie — ale było jej wszystko jedno. Gdyby nawet znalazła się w zamku, w zaczarowanym ogrodzie, wyszłoby na to samo. Nie ma dość miękkiego łoża, by ukoić tęsknotę.
Z początku Ingrid codziennie prosiła, najczulej jak umiała, by jej pozwolili wyjechać, kiedy już z wielką radością ponownie zobaczyła matkę i rodzeństwo. Lecz akurat teraz droga była całkiem nieprzejezdna. Dziewczyna musiała poczekać, aż ziemia rozmarznie. Skoro nie chodzi o życie, nie musi tak szybko wracać do Munkhyttan.