Wiadomości przychodziły we śnie i na jawie. Hede dawał jej znać, że jest mu potrzebna. Był tak bardzo chory.
Ingrid wiedziała, że on znowu popada w szaleństwo i że musi do niego pojechać. Gdyby ją ktoś o tym powiadomił, natychmiast by odparła, że już to wie.
Wielkie, gwieździste oczy patrzyły coraz dalej i dalej. Kto widział takie spojrzenie, nie uwierzyłby, że dziewczyna się uspokoi i zechce pozostać w domu.
Nietrudno też dojrzeć w człowieku, czy jest mu dobrze czy tęskni. Wystarczy zobaczyć mały błysk radości w oczach, kiedy wraca z pracy albo siada przy ogniu. Ale w oczach Ingrid nikt nie dostrzegał tej iskierki — jedynie wtedy, gdy dojrzała, jak ze wzgórza spływa roztańczony potok. To on wskazywał jej drogę.
Pewnego razu Ingrid siedziała sama z Karin Landberg i zaczęła jej opowiadać o życiu w Munkhyttan. Ta naprawdę się przeraziła. Jak Ingrid mogła tam wytrzymać?
Była już mowa o tym, że Karin miała wyjść za mąż. W tym momencie życia nie umiała mówić o niczym innym niż o narzeczonym. Nie potrafiła robić nic, czego on by jej nie nauczył, nie zabrała się za nic, póki go nie spytała o zdanie.
Przypomniało jej się, że Olov powiedział raz coś na ten temat. Mogła użyć tego, by zniechęcić Ingrid, gdyby się okazało, że ta pokochała obłąkańca. Zaczęła więc opowiadać, jak głupi naprawdę jest Hede. Olov twierdził, że gdy zeszłej jesieni był na jarmarku, usłyszał, jak dwaj chłopi mówią, że Kozioł wcale nie jest obłąkany. Tak tylko udaje, by przyciągnąć uwagę klientów. Lecz sam Olov był przekonany, że owszem, tamten jest naprawdę szalony. Żeby to udowodnić, kupił nędzną kózkę. Pewnie, że był obłąkany. Wystarczyło, że Olov postawił kozę na ladzie z wyłożonymi nożami, by Kozioł uciekł, porzucając swoje towary i wór. I wszyscy potwornie się śmiali na widok jego ataku paniki. To niemożliwe, by Ingrid przejmowała się kimś, kto jest aż tak głupi.
Karin pozwoliła sobie jednak na nieostrożność, bowiem opowiadając tę historię, nie spojrzała ani razu na twarz Ingrid. Gdyby zobaczyła, jak przyjaciółka marszczy brwi, być może dostrzegłaby w tym ostrzeżenie.
— I ty chcesz wyjść za kogoś, kto wyczynia takie niegodziwości! — oburzyła się Ingrid. — To już lepiej wziąć ślub z Kozłem.
Powiedziała to pełnym i wyraźnym zdaniem, a przy tym tak osobliwe było, że łagodna Ingrid mogła wyrazić coś z podobną ostrością, że ubodło to Karin w samo serce. Przez wiele dni chodziła, martwiąc się, że Olov może nie jest taki, jakim pragnęła go widzieć. Jej życie nabrało przez to goryczy — aż do chwili, gdy o wszystkim opowiedziała Olovowi, a ten życzliwie pocieszył ją i uspokoił.