Niełatwe jest wyczekiwanie wiosny w Värmlandii. Wieczorem pojawia się słońce i robi się ciepło, a jednak nazajutrz śnieg leży na ziemi. Wprawdzie agrest i trawa już zielenieją, ale brzezina — wciąż naga i uparta — nie chce wypuścić listków.

Na Zielone Świątki w dolinie była już wiosna, lecz nie pomogło to w spełnieniu życzeń Ingrid. Ani jedna pasterka nie zamieszkała w lesie, ani jedno bagno się nie osuszyło — nie dało się przejść leśną drogą.

W pierwszy dzień świąt dziewczyna była w kościele wraz z matką. Święto to tak wielkie, że przybyły powozem. Dawniej Ingrid lubiła, gdy pędem zajeżdżały przed kościół, a ci, co stali na brukowym placu i na skraju drogi, na powitanie ściągali czapki, zaś ludzie, idący środkiem drogi, długimi susami umykali na bok, tak byli zaskoczeni. Lecz teraz nic jej nie radowało. Jak mówi przysłowie: „Tęsknota róży woń odbiera, a księżycowi blask”.

Ingrid spodobało się to, co usłyszała w kościele. Dobrze było wiedzieć, że cud radości może ukoić tęsknotę uczniów. Podobało jej się, że Jezus pocieszał tych, którzy tak bardzo za nim tęsknili.

Kiedy Ingrid i pozostali siedzieli w kościele, drogą nadszedł wysoki Dalarczyk. Miał na sobie futro, a na plecach niósł ciężki wór — jak ktoś, kto nie odróżnia lata od zimy ani dnia roboczego od święta. Mężczyzna nie wszedł do kościoła, lecz przemknął ze strachem obok koni, uwiązanych do ogrodzenia, i ruszył na cmentarz.

Usiadł na grobie, zamyślił się nad umarłymi, którzy wciąż spali, i nad jedną nieboszczką, która obudziła się do życia. Siedział tam jeszcze, gdy ludzie zaczęli wychodzić z kościoła.

Olov ukazał się jako jeden z pierwszych, a gdy rzucił spojrzenie w stronę cmentarza, dostrzegł Dalarczyka. Trudno powiedzieć, czy to zwykła ciekawość czy też pociągnęło go coś innego — dość że podszedł, by z nim porozmawiać. Chciał sprawdzić, czy możliwe jest, by ten, który został niemal uleczony, ponownie popadł w obłęd.

I tak, to było możliwe. Dalarczyk powiedział narzeczonemu Karin, że czeka na dziewczę o imieniu Cmentarna Lilia. Miała tu przyjść i mu zagrać. Umiała tak grać, że słońce tańczyło, a gwiazdy chodziły w kółeczku.

Wtenczas Olov rzekł do Dalarczyka, że ta, na którą czeka, stoi pod kościołem. Jak tylko wstanie, to ją zobaczy. A ona na pewno bardzo się ucieszy ze spotkania.

Wikariuszowa i Ingrid już miały wsiąść do powozu, gdy zbliżył się do nich wysoki mężczyzna. Szedł szybkim krokiem — mimo strachu przed końmi, którym się ukłonił — i machał przyjaźnie do dziewczyny.