Na jego widok Ingrid zastygła w bezruchu. Nie byłaby w stanie powiedzieć, czy się ucieszyła ze spotkania czy raczej wpadła w rozpacz, że znów oszalał. Po prostu zapomniała o wszystkim innym na świecie.

Oczy jej nagle rozbłysły. W tej chwili z pewnością nie widziała w nim wynędzniałego biedaka. Czuła jedynie obecność tej pięknej duszy, przez którą cierpiała z tęsknoty.

Dokoła stał cały kościelny tłum, wszyscy zapewne patrzyli na Ingrid. Nikt nie był w stanie oderwać od niej wzroku. Nie poruszyła się, by pójść ku Dalarczykowi; czekała w bezruchu, aż on podejdzie do niej. A ci, którzy widzieli jej oczy błyszczące radością, wierzyli wręcz, że oto zbliża się do Ingrid wielki, wspaniały człowiek, a nie obłąkaniec.

Potem mówili, że wyglądało to prawie, jakby między ich duszami istniało połączenie — sekretna nić — ukryte tak głęboko w podświadomości, że ludzki umysł nie był w stanie tam dotrzeć.

Ale gdy Hede był ledwie dwa kroki od Ingrid, matka przyrodnia chwyciła dziewczynę i szybkim ruchem posadziła w powozie. Nie życzyła sobie spotkania tych dwojga na kościelnym placu, w obecności gapiów. Gdy tylko wsiadły, parobek pogonił konie.

Poniosły się za nimi potworne, dzikie wrzaski. Wikariuszowa dziękowała Bogu, że usadowiła dziewczynę w powozie.

Popołudnie nie było jeszcze późne, gdy na plebanię przyszedł chłop, by pomówić z wikariuszem. Chciał mu opowiedzieć o obłąkanym Dalarczyku, który tak szalał, że musieli go związać. Co radzi wikary? Co z nim teraz zrobić?

Wikariusz nie miał innej rady, jak odwieźć tamtego do domu. Wyjaśnił chłopu, kim jest Dalarczyk i gdzie mieszka.

Wieczorem opowiedział wszystko przybranej córce. Najpewniej, jeśli pozna prawdę, wróci jej rozum.

Lecz gdy nadeszła noc, Ingrid zrozumiała, że nie ma już czasu, by czekać na wiosnę. Wybrała się, biedne dziewczę, główną drogą do Munkhyttan. I tędy dojdzie kiedyś do celu — choć dobrze wiedziała, że to trasa dwa razy dłuższa od leśnej ścieżki.