Rozdział dziesiąty
Drugiego dnia świąt po południu Ingrid szła główną drogą. Była to jasna okolica, niskie wzniesienia i niewielkie brzeziny między polami, a czasem na ich środku. Na jarzębinie i krzewach rozwinęły się kwiatki, na topolach — soczyste listki, a rowy przydrożne wypełnione były przejrzystą, szumiącą wodą, przez którą przebłyskiwały wymyte kamienie na dnie.
Ingrid rozpaczliwie płakała nad tym, który na nowo popadł w obłęd. Nie wiedziała, czy może coś jeszcze dla niego uczynić i czy zda się na coś jej nagłe odejście z domu.
Była głodna i wyczerpana, trzewiki zaczęły się już rozpadać. Może lepiej, jeśli zawróci. Wątpliwe, czy zdoła dotrzeć do celu.
Im dłużej szła, tym większe było jej przygnębienie. Niewiele pomoże, myślała, to, że pojawi się tam, kiedy on już oszalał. Było za późno, zgasła nadzieja, że można cokolwiek zrobić.
Ale gdy tylko chciała zawrócić, twarz Hedego pojawiała się tuż przy jej policzku, zupełnie jak tyle razy wcześniej. Wtedy nadzieja na powrót ją porywała. Ingrid wiedziała, że to on ją wzywa, czuła w sobie silną wiarę i przekonanie, że owszem, potrafi go uleczyć.
W chwili, gdy Ingrid uniosła głowę z miną nieco mniej zrozpaczoną, minął ją osobliwy korowód.
Był to mały koń, ciągnący niewielką furę, na której siedziała gruba madame16, a obok kroczył chudy, sterany życiem mężczyzna z długim wąsem.
Tu, na prowincji, gdzie nikt się nie znał na sztuce, państwo Blomgrenowie starali się zawsze wyglądać jak prości, zwyczajni ludzie. Przemieszczali się niewielkim, starannie przykrytym wozem. Nie sposób było się domyślić, że są na nim sztuczne ognie, przyrządy magika i marionetki z teatru.
Nikt nie mógł wiedzieć, że siedząca na ładunku gruba staruszka o wyglądzie dostojnej mieszczki to dawna miss Viola, która fruwała w powietrzu, a idący obok mężczyzna, przypominający byłego żołnierza, to sam pan Blomgren, który przerywał sobie monotonię wędrówki fikołkami przez konia i popisami brzuchomówstwa przed publicznością złożoną z drozdów i czyżyków, które jak oszalałe śpiewały na przydrożnych drzewach.