Konik był naprawdę maleńki; dawniej ciągnął karuzelę — dlatego nie chciał iść, gdy nie słyszał muzyki. Pani Blomgren na szczycie fury przygrywała mu zatem na harmonijce, lecz gdy tylko kogoś napotkali, chowała instrument do kieszeni, żeby nie myślano, iż są artystami ulicznymi, bo tych na wsi nie darzy się szacunkiem. W ten sposób poruszali się bardzo powoli, lecz i nie czuli konieczności pośpiechu.

Ślepy skrzypek musiał iść kawałek za nimi, by nie zdradzić się, że należy do tego towarzystwa. Miał psa za przewodnika; nie wolno mu było iść z pomocą dziecka. Nieustannie przypominałoby panu i pani Blomgren o dziewczynce imieniem Ingrid. To byłoby nazbyt bolesne.

A teraz wędrowali po polach, ponieważ nadeszła wiosna. Bowiem, jakkolwiek dobrze zarobiliby w mieście, państwo Blomgrenowie musieli o tej porze roku wyjechać na wieś. Oto artyści, pan i pani Blomgren.

Nie rozpoznali Ingrid, a ona minęła ich bez powitania, spieszyła się bowiem i nie chciała się zatrzymywać. Lecz zaraz pomyślała, że to niegrzeczne, wręcz bezduszne, więc zawróciła.

Gdyby Ingrid mogła się ucieszyć, z pewnością uszczęśliwiłby ją widok radości starych ludzi. Długo rozmawiali jakimś strasznie prymitywnym językiem. Konik aż odwracał łeb, żeby sprawdzić, czy aby karuzela się nie popsuła.

O dziwo, to Ingrid najwięcej mówiła. Staruszkowie od razu zauważyli, że szła i płakała, i tak bardzo się zatroskali, że musiała im opowiedzieć swoją historię.

Mówienie o własnym losie okazało się plastrem na duszę, albowiem starsi ludzie mieli szczególny sposób słuchania. Klaskali radośnie, gdy mówiła o tym, jak wyszła z grobu, a potem wystraszyła wikariuszową.

Głaskali ją i chwalili, że odeszła z plebanii. Dla nich nie istniało to, co ciężkie i kłopotliwe — we wszystkim dostrzegali lekkość i mnóstwo nadziei.

Nie mieli żadnych punktów odniesienia w rzeczywistości, dlatego życiowa szorstkość i surowość Ingrid w ogóle ich nie dotykała. Wszystko, co usłyszeli, porównywali do świata lalek w teatrze i do pantomimy. Trochę smutku i nędzy jest przecież w każdej sztuce, choćby tylko po to, by wzmocnić efekt. I oczywiście wszystko zawsze kończy się dobrze. W pantomimie wszystko dobrze się kończy.

Ich pogoda ducha była zaraźliwa. Ingrid wiedziała, że nie rozumieją jej wielkiej niedoli, ale i tak radowało ją to, co mówili.