Nadziei, jaką starzy przyjaciele rozbudzili w Ingrid, nie dało się stłumić. Zrozumiała, że Hede ma się gorzej niż dawniej, ale nie traciła wiary. To nie dzięki baśniom, lecz przez ogrom życzliwości dawnych opiekunów teraz promieniała.
Poprosiła o wpuszczenie jej do Hedego. Znała go — jej nie zrobiłby krzywdy. Na to chłopi rzekli, że oni nie są szaleni. Ten tam, w środku, zabije każdego, kto wejdzie bez ochrony.
Przez długą chwilę Ingrid rozmyślała. Jakież to wspaniałe, że właśnie dziś trafiła na pana i panią Blomgren. To musi być jakiś znak. Nie spotkałaby ich na drodze, gdyby nie miało to głębszego sensu.
Zaczęła zastanawiać się, jak Hede wyzdrowiał poprzednim razem. Czy i teraz nie mogła namówić go do zrobienia czegoś, co przypomni mu o dawnych czasach, co wyrwie go ze szponów szaleństwa. Dumała i dumała.
*
Państwo Blomgrenowie siedzieli na ławce przed gospodą i wyglądali na tak nieszczęśliwych, jak nigdy wcześniej. Byli bliscy płaczu.
Wtedy podeszła do nich Ingrid i uśmiechnęła się, jak tylko ona potrafiła, pogłaskała ich pomarszczone policzki i rzekła, że wielką radość by jej sprawiło zobaczenie przedstawienia, jakie dawniej oglądała na co dzień. Byłoby to dla niej dużym pocieszeniem.
Najpierw jej odmówili, nie byli bowiem w artystycznym nastroju, lecz gdy posyłała im kolejne uśmiechy, nie mogli się jej dłużej opierać. Rozpakowali swój ładunek i wyjęli trykotowe kostiumy.
Gdy już byli gotowi i zawołali ślepca, Ingrid wybrała miejsce na spektakl. Nie chciała, by grali na placu przed gospodą. Zaprowadziła ich do ogrodu, znajdującego się na tyłach — była to w zasadzie łąka, na razie jeszcze pusta, na której niebawem miały pojawić się zioła; gdzieniegdzie jabłonki wypuszczały już pąki. Powiedziała, że chciałaby ich zobaczyć pod jednym z kwitnących drzew.
Kilkoro parobków i służek przybiegło, usłyszawszy skrzypce, mieli więc też małą publiczność. A jednak nie w smak było Blomgrenom występować. Ingrid żądała za wiele. Byli zbyt zrozpaczeni.