— Na zdrowie, Marto — powiedziała któraś z kobiet.
— Och, przepraszam... — odparłam skonsternowana i się zaczerwieniłam.
Kiedyśmy wyszli, Otto rzekł dziwnie grubym głosem (nie odzywał się do mnie, odkąd przyszliśmy z miasta):
— Proszę usiąść, pociągnę panią.
Dotarliśmy do Frognerseteren10, gdzie usiadł za mną na sankach. Opierając się o niego, czułam się, jakbym mu się w pełni oddawała.
Z resztą towarzystwa rozstaliśmy się przy Sporveisgaten11.
— Odprowadzą pannę Benneche do domu — powiedział wtedy.
Dotarliśmy do moich drzwi od ulicy, tam wstałam z sanek. Nie miałam klucza.
— Mój może da radę... — powiedział niewyraźnie. Otworzył.
— Dobrej nocy!