— Musisz nam pogratulować, staruszku!

Spacerowaliśmy codziennie po szkole, a wieczorami przychodziłam po Ottona do biura. Uzgodniliśmy, że w wakacje się pobierzemy. Otto zarabiał tysiąc osiemset koron, a ja miałam dalej być nauczycielką. Miało być znakomicie.

Zostałam wzięta z zaskoczenia. Ale w zasadzie nie przez Ottona. Pewne źródła wybiły spod powierzchni mojej istoty. Siedziałam, bez reszty zasłuchana w tę nową muzykę — w długie wieczory, gdy życzyliśmy już sobie dobrej nocy, a ja, po powrocie do siebie, siedziałam cicho, słuchając.

Dzielące nas różnice odbierałam wówczas z radością; trwałam ogarnięta wiecznym, pełnym zachwytu zaskoczeniem, że my, tak bardzo różni, odnaleźliśmy siebie nawzajem.

Nauczyciel rysunku z naszej szkoły był zaręczony z koleżanką, z którą zdawałam maturę. Ta odwiedzała mnie na stancji i zamęczała rozmowami o miłości.

— Ależ czy to nie cudowne? Och! Mieć kogoś, kto w pełni cię rozumie. Z kim można porozmawiać o wszystkim, po prostu wszystkim!

Razem chodzili po Kirkeveien13 i rozmawiali o... po prostu wszystkim.

— Wiesz co, Marto, moim zdaniem poufałość jest niezbędna, jeżeli miłość ma być czymś idealnym. Bez prawdziwego pokrewieństwa dusz, powiedz mi, co z tego wszystkiego zostaje?

L’amour sans phrase14 — powiedziałam i zaśmiałam się z dumą.

— Ja nazywam to zwykłą namiętnością. To rzecz całkowicie zwierzęca. Och, wybacz!