Gdyby przypuszczał, że czułam, iż mnie nie rozumie, wiem, że uczciwie, rzetelnie spróbowałby wyjść mi naprzeciw — takim do cna sumiennym człowiekiem jest Otto. Ale gdy nie zrobił zupełnie nic, by mnie powstrzymać, wprost przeciwnie, za znakomite miał wszystko, czym się zajmowałam — sprawę kobiecą, szerzenie oświaty i tym podobne — oczywiście uważał, że wszystko jest w najlepszym porządku. Podziwiał moją „wybitną inteligencję”, chociaż stale podziwia wszystko, co kocha: dzieci i mnie, Henrika, swoich rodziców oraz rodzeństwo, swój dom, ogród i domek letni — wszystko, co ma na tym świecie.
Z czasem zaczął mnie drażnić ten jego wieczny, bezkrytyczny podziw wobec wszystkiego, co doń należało; lecz wtedy jeszcze miałam rację, widząc tylko, jaki piękny jest w swojej ożywczej ufności i radości.
Nieistotne, że wielokrotnie, gdy nie rozumiał, wydawał osądy surowe i ograniczone. Był zdrowy i silny, a wtedy często widzi się tylko to, co na powierzchni — i nie rozumie się. Sama osądzam teraz wiele rzeczy łagodnie — ale dlatego, że jestem współwinna. Gdy byłam młoda i czysta, osądzałam surowiej.
Człowiek uczy się całe życie; ale, Boże dopomóż, czego też się uczymy. Rozumienie wszystkiego powinno równać się wybaczeniu wszystkiego. Niech Bóg jednak strzeże mnie przed ludźmi, którzy wybaczają za wiele. Wszak tylko tym się pocieszamy, gdy życie zacznie odciskać na nas swe piętno, a zrobiliśmy różne rzeczy, których wstydzilibyśmy się w lepszych czasach. Albo nie mamy odwagi i energii, aby żyć w zgodzie z własnym duchem. Wtedy obniżamy wymagania — choć ostatecznie jednak dostaje się w życiu tyle, ile się wymaga. Młodzi są jednostronni; dla nich do zbawienia prowadzi tylko jedna droga, a jeśli się do czegoś nadają, to właśnie nią idą. Później dostrzega się wiele innych dróg. Człowiek myśli, że każda może być równie dobra — siada wtedy i każdą uznaje za jednakową. Łatwo jest zrzucać winę na tolerancję i zrozumienie, kiedy nie chce się nam już nic robić z życiem; jednak to jednostronność i zawziętość pozwalają coś osiągnąć. I to młodzież chce czegoś naprawdę.
20 lipca 1902
Dziś po raz pierwszy wysłałam chłopców z domu; mają spędzić miesiąc u ciotki Helene. Tacy byli śliczni w swoich nowych, niebieskich, tweedowych kurtkach z kieszeniami, które dla nich uszyłam.
Odprowadziwszy ich na pociąg, pojechałyśmy z Ingrid do Ottona. Musiałam pokazać mu małą — była przecudna! Trzeba było ją trochę pocieszać, bo nie wyjechała z braćmi, dlatego mogła włożyć sukienkę w róże i wpleść czerwone wstążki w te swoje lśniące, miedziane loki. Aż chciałoby się ją schrupać, tak jasną ma cerę — nie można przestać, gdy zacznie się już całować jej białą szyjkę, schowaną w jasnoczerwonym wycięciu sukienki. I jeszcze te ustka, i duże, jasnobrązowe oczy.
Latała wokół nas, kiedy Otto i ja rozmawialiśmy na ławce w parku. Był dzisiaj w wyjątkowej formie.
Nigdy wcześniej roztaczający się stamtąd widok nie wydawał mi się tak piękny jak dziś. Może to przez słońce — w takie żałosne lato z bezustannym deszczem i zdrowy człowiek by się rozchorował. Rozległe, zielone wzgórza schodzące do fiordu i miasto w dole, niskie obramowanie pagórków, które osłaniają i otaczają, wszystko jednak na tyle przestronne, że nie czuć tutaj zamknięcia — fiord był dzisiaj jasny jak srebro, nad całością unosił się też cienki woal pary wodnej.
Kiedy Otto i ja siedzieliśmy tak i kiedy objął mnie ramieniem, oboje odpłynęliśmy w łagodne i ulotne, melancholijne uczucie szczęścia.