— Nie mogę przestać wierzyć, że pozostaniemy razem — powiedział Otto. — Widzę przecież, jak z każdym dniem zdrowieję. Ty, ja i dzieci, Marto!
Pomyślałam to samo. Mam przecież męża i dzieci; czekają mnie wszak jeszcze nieskończone szczęście i bogactwo. Pewnie nadejdą też dla nas trudne czasy, kiedy Otto wróci do zdrowia — ale co z tego. Uważam, że muszę mieć szczęście, skoro mogę pracować i posiadam zajęcie — oraz wiem, że mogę pracować dla moich najdroższych. Jak daleko od nich kiedyś się oddaliłam, o tym nigdy się nie dowiedzą — sama myślę, że wspomnienie mej błędnej wyprawy przez pusty, beznadziejny krajobraz oraz wstydu, który na siebie sprowadziłam, z czasem zniknie i opadnie na dno mojej duszy. Czegoś mnie to nauczyło — z nieskończoną ostrożnością będę chroniła każdą szansę na ciepło i szczęście w naszym domu. Nie na próżno zapłaciłam za tę lekcję najwyższą cenę. Bo czystość kobiety to żaden frazes, to nieskończenie cenny skarb — dziś to wiem. Ale może będę teraz dawać innym więcej niż mogłam wcześniej, prędzej reagować na każde drobne poruszenie w ich duszach — zwłaszcza dzieci.
Jako młoda dziewczyna zawsze uważałam, że macierzyństwo musi być czymś najważniejszym na świecie. „Jakie to dziwne”, myślałam, „że kiedy mnie samej miało się ono przydarzyć, prawie nie dawałam temu wiary”. Spodziewając się Einara, byłam tym tak przytłoczona, że niemal się wstydziłam, bo naprawdę czułam, jakby nie istniało nic innego na świecie — dziecko, które nosiłam, wypełniało mi myśli dzień i noc, a przecież postanowiłam traktować to niezmiernie rozsądnie i naturalnie. Boże, dzieliłam stan wszystkich przedstawicielek płci żeńskiej na świecie. Choć miałam też wiele obaw, pragnęłam tego każdą cząsteczką siebie — choćbym i miała zginąć.
Ale chociaż kocham swe dzieci tak mocno, jak kochać może tylko matka, i choć uważam, że kochałam je też bardzo po ludzku i obserwowałam najdrobniejsze przejawy rozwoju w ich życiu, tyle szczegółów Otto zauważył przede mną — drobnych cech, właściwych każdemu z nich, na które to on zwrócił moją uwagę. Miałam też inne zainteresowania niż moje dzieci; czuję jednak z niezbitą pewnością, że ani na trochę nie zmniejszyło to mojej troski o nie — dopóki nie zaczęłam zatracać się w sobie i zastanawiać się, czego brakło mojemu szczęściu. I jeszcze mnie kochają, chyba bardziej niż większość dzieci kocha swoich rodziców. A jednak ich relacja z Ottonem jest jakby bardziej bezpośrednia. Może dlatego, że on sam jest bardziej bezpośredni.
Są też do niego podobne. Einar tak mocno, że to aż komiczne. Również osobowością — widziałam tę jego energię wczoraj i dziś; sam chciał spakować rzeczy swoje i Halfreda, a kiedy włożył bilety, portmonetkę, chustkę i kłódki do różnych kieszeni oraz powtórzył moją instrukcję, jak zachować się podczas przesiadki w Hamar15, był to doprawdy mały Otto.
Halfred przypomina go mniej — nie ma też rudych włosów.
— To twoje dziecko — mówi Otto. — Tyle rozmyśla nad istotą rzeczy.
— W każdym razie strasznie jest dociekliwy. Pyta często o najbardziej osobliwe sprawy, zawsze musi wiedzieć: „Ale dlaczego?”. Kiedy mówię, żeby tyle nie pytał, odpowiada tylko: „Ale dlaczego nie, mamo?”.
Åse też przypomina Ottona. Co napawa mnie grozą. Czytałam coś podobnego w jakiejś francuskiej powieści, lecz nie wierzyłam, że to możliwe.
21 lipca 1902