Wcześnie rano pojechałam do Ottona. Zeszliśmy do parku i usiedliśmy na tej samej ławce co wczoraj. A kiedyśmy tak sobie siedzieli, przyszedł Henrik.
Miał rozmawiać z Ottonem o interesach. Chciałam pójść, lecz oczywiście nie pozwolił mi Otto. Nalegał, żebym została, aby Henrik mógł odprowadzić mnie do miasta.
Wszyscy troje szliśmy więc ścieżką przez ogród i rozmawialiśmy. Otto wziął mnie pod rękę, Henrik z drugiej strony. Otto był wesół i mówił głośno; narzekał między innymi, że bardzo przytył. „A Marta tak wzdycha do szczupłych ludzi; może nie chcesz mnie już znać, co?”.
Nie mogę przestać wściekać się na to, że Henrik potrafi zachować aż takie opanowanie. Że może tak naturalnie rozmawiać o mnie z Ottonem.
Jestem teraz mniej więcej tak samo nieszczęśliwa jak przedtem. Udało mi się odnaleźć cichą, radosną nadzieję, odkąd jęłam zagłębiać się we wspomnienia naszej miłości. Zaczęłam wierzyć w przyszłość. Ale wtedy zjawia się Henrik. I pozostanie na zawsze. Nie wyobrażam sobie, jak miałoby się go uniknąć.
22 lipca 1902
Otto nie postrzegał wtedy naszego związku tak samo jak ja. Mnie chodziło jedynie o erotykę, ale dla niego było to też ogromnie poważne zobowiązanie.
Chyba nigdy nie przyszło mi do głowy, aby powiedzieć mu o tym, jak żyłam, zanim go spotkałam, co uważałam i co myślałam. Kiedy zdarzało się nam o ten temat zahaczyć, zawsze zaczynał Otto.
— Marto — powiedział któregoś dnia — nie jestem religijny, w ścisłym tego słowa znaczeniu.
Pamiętam, że była niedziela na początku marca, byliśmy na nartach w lasach Nordmarka16. Pełne słońce i las ciężki od śniegu; przed nam widniała niewielka, biała równina — mokradło poprzecinane śladami nart; w cieniu śnieg był wręcz fioletowy. Odpoczywaliśmy, siedząc i jedząc pomarańcze. Po drugiej stronie pod lodem szumiał strumyk, drzewa wokół były mocno oszronione; niektóre zamarzły, tworząc grube, przezroczyste bryły lodu. Pokazałam właśnie Ottonowi takie zamarznięte drzewko i zapytałam, czy myśli, że kiedykolwiek wypuści pędy — i o tym toczyła się rozmowa.