„Nie jestem religijny, w ścisłym tego słowa znaczeniu” to zresztą znakomite wyrażenie. Wyjaśnił mi, w co wierzył, a w co nie — pełnym zapału tonem, jakby spodziewał się sprzeciwu. Nie widział sensu w tym, że duchowni wymagają wiary od innych, że wystarczy wierzyć we wszystko, co napisano w Biblii, by doznać zbawienia, a kiedy człowiek korzystał ze zdrowego rozsądku, czekało go potępienie. Nie rozumiał na przykład wiary w szatana, który pełza po jabłonkach i kusi ludzi, by kradli; albo że Bóg powiedział Noemu17, jak ma zbudować i wysmołować swą arkę.
To jego zdrowy rozsądek się w nim zbuntował; Otto nie chciał bezkrytycznie wierzyć w to, czego uczyli go inni. Krytykował dość ostro. Nie pomyślał jednak, by spojrzeć na chrześcijaństwo jako religię jak wszystkie inne. Na koniec powiedział:
— Ale wierzę w Boga, wiesz.
— A ja nie — odparłam.
I jęłam rozprawiać o tym, w co wierzyłam, a w co nie. Na pewno nie w Boga w ludzkiej postaci — „świat jest na to zbyt niesprawiedliwy”.
— Sam o tym często myślę — powiedział Otto. Leżał na boku w śniegu i podniósł na mnie wzrok, niemal przestraszony.
— Świat jest zbyt wielki, Otto, a my jesteśmy zbyt mali. Życie nas nie uwzględnia.
— W życie wieczne też nie wierzysz? — zapytał Otto powoli.
— Nie.
Wieczorem, kiedy jak zwykle zakończyliśmy tę narciarską wycieczkę herbatą, którą Otto pił na górze w moim pokoju, znów podjął ten temat. I został u mnie dużo dłużej, niż miał w zwyczaju — on, który poza tym zawsze starał się wychodzić w „odpowiednim” czasie. Na odchodne powiedział: