— W zasadzie niezbyt to chyba dobre, że wiesz znacznie więcej niż ja, Marto!

Trochę było mi wstyd, kiedy poszedł. Możliwe bowiem, że w ogóle byśmy na ten temat nie porozmawiali — może dopiero po ślubie. Częściowo wynikało to z tego, iż w pewnym sensie nie doceniałam Ottona — z wyższością przedstawicielki klasy urzędniczej nad chłopakiem ze wsi. Rozpoznawałam to też nieco w relacji Henrika i Ottona; w wielu kwestiach tylko mój kuzyn był upoważniony do wyrażania opinii i dość wyraźnie zbywał Ottona, gdy ten się wypowiadał. Teraz nagle poczułam z tego powodu złość — nie mieliśmy do tego prawa, ani on, ani ja. Och, ten głupi, studencki snobizm, myślenie, że Otto jest „tylko” przedsiębiorcą. W duchu używałam tego wyrażenia — na wstępie do moich zachwytów nad znakomitym, cudownym miłośnikiem ruchu na świeżym powietrzu, nad atletą. Ale tamtego wieczoru się zawstydziłam, ponieważ nigdy nie interesowało mnie, by poznać jego myśli.

Raz, później, odczułam to jeszcze mocniej.

Było to niedługo przed naszym ślubem. Siedzieliśmy w mieszkaniu. Pamiętam, że Otto urządzał właśnie „turecki kącik” — z niską, przytwierdzaną do ściany ławą i stolikiem. Mieliśmy pijać tam kawę; na ścianach miały wisieć makaty.

— Ma być niebieski — powiedział Otto — intensywnie chabrowy... Do tego mnóstwo niebieskich poduszek we wszelkich odcieniach. Niebieski pasuje ci najlepiej.

Po południu spadł deszcz, ale wtedy, pod wieczór, powietrze było wilgotne i ciepłe jak w szklarni, nasycone wonią kwiatów. Nad całym miastem unosił się zapach kasztanów i bzów, a gdy wspinaliśmy się Kirkeveien, woń była wręcz przytłaczająca; gorzki aromat brzozowych liści i zapach kwiatowych ogrodów. Wyraźnie rozpoznawałam ładną woń piwonii, przywodzącą na myśl japońskie wyroby z drewna, najbardziej jednak czuć było kasztany i bzy. Pamiętam, że zwróciłam uwagę, jak cudnie jasnofioletowe bzy wyglądały na tle ciężkich, siwych chmur, sunących na wschodzie.

Myślę, że świat był tego wieczoru piękniejszy, niż widziałam go kiedykolwiek później. Podeszliśmy do wzgórza naprzeciwko plebanii Vestre Aker18 — w popołudniowym słońcu wszystko się złociło: drobinki chmur na niebieskim niebie, komary nad strumieniem i topole wzdłuż drogi. Wilgoć iskrzyła się w słońcu, na łące i w koronach drzew, z których kapały połyskujące krople, i na starych, niebieskich dachówkach plebanii. Nad płotem otaczającym ogród wisiały białe bzy, a kable telefoniczne ciągnęły się całkiem złote jak struny wielkiej złotej harfy.

Weszliśmy do zagajnika naprzeciwko plebanii. Zawsze było to jedno z mych ulubionych miejsc — niewielki lasek z murowanym nagrobkiem Blinderena19 na wzniesieniu. Myślałam wtedy, że okrągły, kamienny postument wygląda jak ruiny zamku, a w ładnej trawie pod liściastymi drzewami rósł kruchy, bladozielony piżmiaczek20.

Usiedliśmy na kamieniu, gdzie do nagrobka prowadzi swego rodzaju zarośnięta trawą aleja.

Otto całe popołudnie się nie odzywał. A siedząc tam z łokciami na kolanach i głową w dłoniach, po dłuższym czasie wspólnego milczenia powoli rzekł: