— Wiesz... jest jedna sprawa. Uważam... Wiem, że mam obowiązek ci to powiedzieć.
Na chwilę przerwał, po czym podjął:
— Ja... nie jestem... ja... znałem wcześniej w ten sposób... inne kobiety. I pewnie uważasz, że to straszne... Widzę to po tobie — dodał po krótkiej chwili. — Wiem, że na pewno tak uważasz. Nie potrafiłem zmusić się, żeby powiedzieć ci to wcześniej... Oczywiście mnie nie zrozumiesz, a ja nie potrafię wyjaśnić... Nie żebym szukał usprawiedliwienia...
Chciałam mówić, lecz on mi przerwał:
— Ale nie w ostatnich paru latach. Odkąd zmarła moja siostra... wiesz, pani Jensen. Była tak okropnie nieszczęśliwa w małżeństwie. Wtedy coś sobie obiecałem. Ale wcześniej... Nie zrozumiesz tego... Gdy jest się młodszym, nie jest tak...
— Otto, nie mów nic więcej!
— Aż tak to dla ciebie okropne? — Wstał.
Wtedy też wstałam. Czułam jedynie konsternację i wstyd, a na początku, kiedy zaczął, potworne zdumienie; doprawdy było to coś, o czym nigdy nie pomyślałam. To znaczy, odkąd się zaręczyłam — bo rok czy dwa lata temu pewnie bym dyskutowała, do czego powinien przyznać się mężczyzna i tak dalej. Wtedy z lubością oddawałam się dyskusjom — i stawiałabym wymagania. Ale kiedy tak mówił, a ja widziałam, że cierpi i że to dla niego strasznie poważna sprawa, czułam tak wielki wstyd i upokorzenie, że nie śmiałam wręcz podnieść wzroku. Nigdy, przenigdy się nim nie przejmowałam, chciałam jedynie, by mnie miał za uroczą, by mnie całował i pieścił, chciałam kłaść dłonie na jego szerokich, mocnych barkach — nigdy jednak nie poszukiwałam jego duszy, aby być dla niej dobrą, aby ją kochać.
— Nie, nie, Otto, nic już nie mów. Mój drogi, jakim prawem miałabym czegoś takiego od ciebie wymagać. Sama nigdy nie zamierzałam rozliczać się przed tobą za błędy, które popełniłam albo popełniam, za brzydkie, złe, małostkowe myśli i uczynki. Nie pomyślałam nawet, że powinnam się poprawić, skoro mamy się pobrać.
— Marto... och, Marto...