— Zabrałaś chyba dość pończoch? — zapytał, zapinając plecak.
Potem, w promiennym słońcu, szliśmy żwawym krokiem w górę Maridalsveien24. Sprzedawca Ottona, Helgesen z Sandakerveien25, miał zawieźć nas do Nittedal26.
Coś wiejskiego i odświętnego, kojarzącego się z dobrymi dniami mego dzieciństwa, było w rozległym podwórzu Helgesena, otoczonym stajniami i magazynami, z pompą pośrodku i gołębiami na dachu.
— Prawie nie mógł żem się już pana doczekać — odezwał się Helgesen. — A czy to pańska żona, Oulie? Niska, ale ładna, trzeba powiedzieć — dodał i pogratulował mi potężnym uściskiem dłoni.
W drodze Otto rozmawiał trochę z Helgesenem o ludziach z Nittedal i Maridalen27, których nie znałam. Wszystko brzmiało tak spokojnie i przyjemnie — miasto zdawało się tak odległe, nieprawdopodobne. W gospodarstwach wokół jeziora Maridalsvannet28 leżało siano zebrane w kopy; gdzieniegdzie zwożono, a gdzie indziej ledwie zaczęto kosić żyto — zza jeziora dochodziło dzwonienie kosiarki, Otto i Helgesen zaś z zapałem i powagą rozmawiali o widokach na ten rok. Kiedy wjechaliśmy do lasu, Otto chwycił i ścisnął moją dłoń, ale żadne z nas się nie odezwało.
— No, to przyjemności wam życzę. Najlepszego, Oulie, i najlepszego dla pani!
Wysadzając nas, Helgesen posłał nam do przesady promienny uśmiech.
Nie mówiliśmy wiele, idąc leśną ścieżką. Otto parę razy się za mną oglądał, pytał, czy nie idziemy za szybko, rzucił też czasem jakąś uwagę o tym, że wiatr powalił wyjątkowo dużo drzew — ścieżka często była całkiem zagrodzona — i o tym, jak grząskie są teraz mokradła. Raz nazbierał garść białych kukułek i wręczył mi kwiaty:
— Czyż nie są ładne? Przypnij je sobie do piersi, będą tam dobrze wyglądać.
Było dość późno, a słońce nad brzegiem wzgórza roztaczało złoty blask. Czasami jakiś promień omiótł ścieżkę, po której szliśmy — na dnie wąwozu, wzdłuż wzburzonej rzeczki, słońce migotało w pryskających kropelkach piany, na mokrych brzozach i krzewach olchy. Rosło tam mnóstwo dorodnych dzwonków i tojadów.