— Och, jakie wspaniałe — powiedziałam, a Otto się odwrócił.

— Podobają ci się? Tak, piękne są. Dużo ich zaraz przy domku. Cóż... — ciągnął Otto. — Śliczne to rzeczy... I kładkę też zmyło.

Dotarliśmy do niedużego wodospadu; rzeka była tam szeroka i głęboka, a za mostek służyła tylko pojedyncza, okrągła kłoda.

— Podaj mi rękę — powiedział Otto. — Ależ droga, słodka Marto... co się stało?

Serce biło mi tak, że aż cała się trzęsłam, czułam też, że jestem blada na twarzy. Dłoń miałam lodowatą.

— Ależ... droga moja, boisz się? — szepnął Otto.

Założyłam mu ręce na szyję i schowałam twarz. Nie był to lęk — raczej rodzaj napięcia w ciele. Nagle, gdy stopa wpadła mi do dziury w mokradle, a woda wlała się do trzewika, całą mnie aż zmroziło — skóra ściągnęła się i nagle poczułam się w ubraniach naga.

— Zaraz będziemy na miejscu — szepnął znów Otto. — To już na tym wzgórzu.

Było stromo.

— No... — powiedział Otto; zatrzymał się i wypuścił powietrze.