Poniżej, w oddali, widniało duże, połyskliwe jezioro. A nieco dalej, na niewielkim wypalenisku, w wieczornym słońcu, ukazała się nieduża, szara chatka. Podeszliśmy do płotu z poziomych żerdzi, a Otto odłożył kije.

— No to jesteśmy w domu — powiedział Otto i mnie objął.

Pocałował mnie, a ja czułam, że pocałunek ten różni się od wszystkich innych, jakie składał na moich ustach — był pocałunkiem na powitanie. Przeszliśmy przez łąkę; rosło tam mnóstwo fiołków i bratków, w każdym usypisku kamieni kwitły tojady i wierzbówki. Poniżej nas migotało jezioro wśród brzóz i olchowych zarośli.

Na schodkach stało wiadro mleka i kosz ziemniaków; ogromny bukiet polnych kwiatów leżał obok.

Otto otworzył drzwi kluczem i wpuścił mnie przodem do spowitej w półmroku izby.

Spędziliśmy w domku tylko czternaście dni — urlop Ottona. Bóg wie, że minęły dość szybko. Ale gdy wracam myślami do tamtego czasu, rozpływa się on w tysiąc szczęśliwych wspomnień.

Pamiętam, jak jednej nocy obudziłam się bladym świtem. Najpierw długo siedziałam na łóżku, patrząc na Ottona, i strach mnie zdjął niemal przez to moje szczęście — nie mogłam się zmusić, by znów się położyć i zasnąć.

Wreszcie wstałam i tylko w chuście, narzuconej na koszulę nocną, siedziałam w progu, patrząc na łagodny, mglisty poranek.

Długo już tkwiłam tak w miejscu, kiedy Otto nagle zawołał:

— Ależ moja droga... po co tak tam siedzisz? Już wstałaś?