Wiedziona nagłym impulsem, jakby ze wstydu — czy lęku, że mogłabym zdradzić coś, czego on może nie potrafiłby zrozumieć — powiedziałam, że wstałam, aby zaparzyć mu kawy do łóżka.
— Och, niech Bóg ma mnie w opiece. Naszła cię bajeczna energia... i jakaż z ciebie żona! Obudź mnie, jak się zaparzy — powiedział Otto i znów się położył.
Któregoś wieczoru zgubiliśmy się. Było ciemno, jak potrafi być w letnią noc, kiedy dotarliśmy nad brzeg wielkiego, nieznanego nam mokradła.
— Chyba najlepiej będzie się tutaj położyć — rzekł Otto. — Czy strasznie boisz się spać w nocy na dworze?
Pomysł uznałam za wyborny. Jeszcze nigdy nie spędziłam na dworze całej nocy.
Znaleźliśmy sobie wąskie posłanie wśród krzaków jagód; Otto omotał nam stopy swoim swetrem i moją kurtką, ja zaś leżałam z głową na jego ramieniu, patrząc na niebo — jasnoniebieskie, choć było dość ciemno, i na wzgórze naprzeciwko, które rysowało się czarne i ostre na żółtawym horyzoncie; delikatna, bladożółta łuna, przemieszczająca się skrajem nieba na wschód, odbijała się w oczkach wodnych na mokradle.
Niekiedy przysypialiśmy albo leżeliśmy, gawędząc. Nagle Otto powiedział:
— Wiesz co... kiedy urodzi się nam synek, będzie miał na imię Einar. Miałem brata, który nosił to imię.
Wspominał już raz o tym bracie — kiedy byliśmy w Auli w Wielkanoc. Widziałam ich rodzinny grób koło kościoła; Otto powiedział, że Einar zginął od przypadkowego strzału.
A teraz leżał i opowiadał o bracie — o ich dzieciństwie, o zimowym popołudniu, kiedy byli na nartach w górach i cały ładunek strzelby trafił Einara w udo. Jak męczyli się, obwiązywali ranę, ale nie mogli powstrzymać krwi — noga prawie mu się odmroziła, kiedy ciągnęli go w dół na nartach.