Kiedy wróciliśmy do domu, Otto poszedł do ogrodu, po którym chodził, zajmując się różami, dopiero co okrytymi na zimę — było to późną jesienią. Gdy wyszłam na werandę, żeby zawołać go na kolację, powiedział ze smutkiem:
— Powinniśmy byli zabrać wszystkie nasze róże, kiedyśmy się przeprowadzali. Tak mi ich szkoda. I moje porzeczki, ledwie zaczęły się rozrastać.
Nasz pierwszy dom nie był niczym wspaniałym, ale, Boże, jakiż był przyjemny. Mieściło się w nim kiedyś mieszkanie woźnicy czy podobnego pracownika wiejskiej posiadłości, później doklejono do niego drewnianą werandę. Ślepą uliczkę, na której końcu stał, Otto nazywał „ślepą kiszką”. Klony z ogrodów niemal zlewały się nad nią ze sobą; wiosną i jesienią pokrywały ją nieopisane ilości błota. Dzieci stale wyglądały jak świnki, kiedy wchodziły do środka, ale nie miałam serca ich za to ganić — często sama pragnęłam być dzieckiem, robić babki z gęstego, czarnego błota i urządzać sklepik na desce między dwiema cegłami.
Jakież dziwne rzeczy Otto znosił do domu, żeby go nimi ozdabiać! Często za ohydne uważałam te jego donice i wazony, ale wzruszała mnie też pomysłowość, jaką wykazywał się, aby mnie ucieszyć i udekorować dom, z którego był taki dumny. Zawsze wcześnie wstawał, a kiedy się ubierałam, wybiegał i wpadał z powrotem do środka, żeby powiedzieć mi, które róże rozkwitły przez noc, albo wyrywał rzodkiewki na śniadanie.
Pod wieloma względami był bardzo dziecinny. Podczas naszego narzeczeństwa starał się to ukrywać — strasznie bał się wtedy okazać mi swoją naiwność czy prowincjonalność. Po ślubie w ogóle się już tego nie wstydził; ja też nie mogłam już przecież ukrywać, jak bardzo jestem w nim zakochana — często kokietował mnie swoją chłopięcością. Miał między innymi w zwyczaju mówić rzeczy nieco nieprzyzwoite, ale zawsze w niewinny, dziecięcy sposób, na przykład nigdy nie nudziło mu się wspominać, że to niestosowne, iż nasza służąca nosi imię Olerina — wzbudzające nieczyste skojarzenia z choleryną30.
Wybornie bawiły go moje historie ze szkoły. Którejś niedzieli podejmowaliśmy całą moją klasę czekoladą; Otto był znakomitym gospodarzem dla dziewiętnastu dziewczynek, z którymi żartował, aż cała dwudziestka umierała ze śmiechu. Od tamtej pory cała klasa była na zabój zakochana w „tatusiu naszej pani”. Był to drugi rok naszego małżeństwa, kiedy Einar miał parę miesięcy.
Boże, jakże ja puchłam z dumy przez to dziecko. Ale Otto był dużo gorszy. I jak rozpieszczał mnie przez cały czas do rozwiązania. Biedaczek, gdy ja leżałam, on kupił wiszącą lampę; miała to być niespodzianka, aż wstanę o własnych siłach, ale wygadał się na długo przedtem i zaniósł mnie, owiniętą w wełniany koc, żebym ją mogła zobaczyć.
Dźwięk kosiarki do trawy przywodzi mi na myśl lato, kiedy Einar był mały. Siedziałam na werandzie z książką albo robótką i się leniłam. Patrzyłam na Ottona, jak męczył się z potem na twarzy i w samej koszuli, co najmniej raz na dwa dni kosząc trawnik starą kosiarką, którą kupił na aukcji. Miał cały arsenał sprzętów ogrodowych pod schodkami na werandę; starczyłoby ich, żeby utrzymać w porządku Park Zamkowy. Brzęczenie kosiarki kojarzyło się z letnim spokojem, a ja siedziałam i przysypiałam, aż podchodził do mnie Otto i żądał, żebym wytarła mu czoło, podała lemoniady albo zeszła obejrzeć jego osiem kalafiorów i ogórków. Einar zaś leżał w słońcu i spał pod swoją zasłonką — rumiany, cieplutki i cudny, z tymi słodziutkimi rączkami, które tak mocno chwytały się mojej piersi, gdy go karmiłam.
W zasadzie zaczęło się od swego rodzaju zmęczenia — byłam przesycona szczęściem. Czytałam gdzieś, że szczęście zawsze jest takie samo. I tak było w istocie.
Urodził się Halfred, ja wróciłam do szkoły, a chłopczyk stał się częścią naszego gospodarstwa domowego, z całym aparatem należących do niego prac, zwyczajów i względów, łącznie tworzących dom. Ze strony Ottona pojawiły się dokładnie te same formy kontaktu i te same uczucia — powtórzyło się wszystko, co miało miejsce po narodzinach Einara. Co wtedy mnie cieszyło, teraz wydawało się odrobinę komiczne, nieco smutne, a trochę mnie obrażało. „Boże drogi”, myślałam. Potem Otto chciał, żebym rzuciła szkołę — przedsiębiorstwo, które założył, znakomicie prosperowało; było to w dobrych czasach. Mieliśmy też spory krąg towarzyski, składający się głównie z przyjaciół Ottona od interesów. Z pewnym smutkiem myślałam, że zmieni się w prawdziwego kołtuna — miał na to zadatki — ja zaś oddalę się od mojego kręgu i własnych zainteresowań, które, jak zawsze twierdziłam, dało się pielęgnować również przy mężu i dzieciach. Historia będzie się powtarzać, aż, zmęczona i brzydka po wszystkich porodach, zostanę zredukowana do punktu w długim katalogu błogosławieństw Ottona Ouliego.