— Wolałbym mieć Psikusa niż Małą — powiedział Halfred.
Biedny mały Psikus. Mieliśmy go tylko pół roku, nim został przejechany. Otto musiał sam go dobić; płakał i dzieci płakały, i płakałam ja.
Aż któregoś dnia, kiedy się ubierałam, Otto zwrócił się do mnie gwałtownie:
— Nie rozumiem, po co ty tak wszędzie chodzisz... Dziwna jesteś, Marto. Jak możesz? Tym razem to tylko biedne zwierzątko... Następne może być jedno z twoich dzieci!
— Wiesz co? Naprawdę poniosły cię nerwy! Ale skoro masz coś przeciwko moim zainteresowaniom, sprawie kobiecej i tak dalej, wolałabym, żebyś powiedział to wprost!
— Wiesz dobrze, że absolutnie nic przeciwko temu nie mam. To dobre i zasadne kwestie, ale mogłabyś na jakiś czas zostawić je innym, dopóki masz trójkę tak małych dzieci.
— Dobry Boże, Otto, jeszcze długo mogę mieć małe dzieci!
— Czy zbrzydły ci te dzieci, Marto?
— Nie chce mi się nawet na to odpowiadać... Zresztą ty robisz, co w twojej mocy, żeby mi je obrzydzić.
— Słuchaj no, Marto. My, mężczyźni, musimy doglądać pracy i interesów. Nie mamy czasu na nic innego. A kiedy wy wychodzicie za mąż, z reguły wiecie, na czym będzie polegać wasza praca. Nie sądzę zresztą, żeby było to strasznie nudne zajęcie: zajmować się własnymi dziećmi i dbać o własny dom. Więc nie jest mi was żal. I jeśli na jakiś czas musisz z tego powodu odstawić na bok zainteresowania, nie inaczej musimy my, mężczyźni. Boże, czy ty myślisz, że ja mam nie wiem ile czasu na pielęgnowanie własnych zainteresowań?