— Masz w każdym razie swoje towarzystwo śpiewacze — powiedziałam.
— Jeden wieczór w tygodniu! Uważasz, że to za dużo?
— Bóg raczy wiedzieć... Raczej za mało! — ucięłam.
Staliśmy tak i się kłóciliśmy.
7 sierpnia 1902
Deszcz i deszcz. Aż oszaleć można od takiego lata.
Dla Ottona to najgorsze; oczywiście szybciej by wydobrzał, gdyby wyszło słońce i gdyby się ociepliło. Nie da się zaprzeczyć, że są postępy, ale moim zdaniem powolne. Chociaż słowa lekarza brzmią pocieszająco, nie mogę przestać się martwić. Pewnie to tylko nerwy — od zawsze mam taką przypadłość, że pogoda wpływa na mój nastrój. Biedny Otto, dzisiaj mówił prawie tylko o Nordmarce. Przyniosłam mu mianowicie kwiaty od Ragny, która wpadła do mnie wczoraj i pytała o niego i dzieci.
Spędziłam u Ottona całe przedpołudnie. Po południu wycinałam zabawki z papieru dla Ingrid — zanudza się przecież ostatnio na śmierć. Gdy przyjechałam z miasta, zabawki Ingrid i Åse leżały wszędzie porozrzucane, a służąca jest i pozostanie bezużyteczna.
Nie podoba mi się tutaj, na Neuberggaten33. Niedobrze tak przejmować się wszelkimi uwarunkowaniami zewnętrznymi — Bóg wie, że robię, co w mojej mocy, by walczyć z moim nastrojem. Ale ta okolica naprawdę jest okropna. Wszystkie te na wpół ukończone ulice i nowe domy, które już teraz wyglądają na zrujnowane. Te mieszkanka z niby to podniszczonymi sprzętami, gęsto rozmieszczone balkoniki na budynkach, jaskrawo pomalowane klatki schodowe, brudne prześwity, a w co drugiej kamienicy delikatesy lub szewc, na każdym rogu kolejny sklep kolonialny — chyba raz w tygodniu otwiera się nowy. Wszyscy ludzie zdają się tu tacy sami. Ilekroć wprowadza się jakaś para świeżo po ślubie — a połowa tutaj to nowożeńcy, druga połowa zaś zarabia ze trzy-cztery tysiące w roku i ma sześcioro-ośmioro dzieci — dwie trzecie pań chodzi w pelerynkach i tak zwanym stanie „błogosławionym”; do tego mają te same trzy typy mebli: obijane pluszem w salonie, dębowe w jadalni, mahoniowe łóżko i toaletkę. Uch, jak to możliwe, osiem rodzin na jedną klatkę schodową i szesnaście na jedną pralnię, do tego balkon, na który zajrzeć można z piętnastu innych — i to prócz tych z sąsiednich kamienic. I jeszcze deszcz zmywa doszczętnie kwiaty na balkonie — wszystkie moje piękne, czerwone pelargonie, a tak cieszyłam się, że będę nosić Ottonowi bukiety.
Jak cudnie w zasadzie było mieć ogród. Docenię, jeśli kiedyś znów będziemy go mieli. I telefon!