We troje rozmawialiśmy o wielu sprawach. Henrik zawsze lubił rozmawiać. Dzieliliśmy się więc pomysłami jak w dawnych czasach u ciotki Guletty i na stancji u Henrika. Co zrozumiałe, tym razem było zdecydowanie inaczej — chociażby z tego powodu, że teraz wszyscy mogliśmy mówić na podstawie własnych doświadczeń. Rozmawialiśmy więc znacznie mniej. Zresztą Henrik nabrał pewnej powściągliwości. Ale zawsze dobrze robiło mu, kiedy mógł wygłosić krótki, uporządkowany wykład na dowolny temat.
Myślę, że chciał nam pomóc. Dość dobrze znał nas oboje, przyszedł z zewnątrz, widział nas w naszym domu i najwyraźniej prędko zrozumiał sytuację.
To zawsze on kierował rozmowę na tematy, które pośrednio dotyczyły naszego związku. Zawsze ograniczała się to do ogólników; wszyscy troje udawaliśmy, że w ogóle nie mówimy o sobie — a jednak mnie i Ottonowi udawało się powiedzieć sobie tak wiele, Henrik zaś przyznawał rację to jednemu z nas, to drugiemu, i formułował puenty, dzięki którym oboje zwracaliśmy uwagę na wiele spraw, których wcześniej nie rozumieliśmy, chociaż tkwiliśmy w tym sami.
Była to więc pewna forma rozrachunku — albo porządków. I nie mogę zaprzeczyć — po takim sprzątaniu czułam się nieco pusta w środku.
Było to groźne uczucie. Czułam się bowiem tak dobrze i miałam mnóstwo czasu, żeby zajmować się sobą. Otto, jak to on, zdawał się jeszcze bardziej mieć mnie na uwadze. W końcu już od lat urządzał mi życie, nie myśląc, że może w ogóle nie jestem zachwycona domem, towarzystwem i zwyczajami, które dla nas obojga wprowadzał — nie przychodziło mu do głowy, że moje opinie są czymś innym niż „wymysłami”, do których nie miał czasu się odnosić, zwyczajnie zajęty robieniem wszystkiego, by było mi dobrze.
A teraz nagle te same opinie słyszał z ust Henrika. Myślę, że zdecydowana większość mężczyzn bardziej słucha szanowanego przez siebie przyjaciela niż własnej — od jakichś ośmiu-dziesięciu lat — żony. Otto w każdym razie słuchał.
Poza tym mocno rosła też moja pewność siebie, gdy stawałam się przedmiotem uwagi oraz współczucia Henrika. Wszak zawsze odrobinę go podziwiałam, jako że był przystojny i elokwentny; teraz, po powrocie z zagranicy, zainteresował mnie na nowo, a odświeżenie dawnej, zażyłej relacji miało w sobie pewną pikanterię. Podobno dużo „żył” przez te lata — we wszelkich znaczeniach tego słowa. Otto dawał mi to do zrozumienia, a panie, wśród których się obracałam, chętnie o tym rozmawiały; uważały go za szalenie interesującego i słodkiego, pozostawały pod jego wielkim wrażeniem — a ja byłam z nimi tak mocno zżyta, że ich poglądy wpływały na mnie bardziej, niż zdawałam sobie z tego sprawę.
Płynęłam zatem dość biernie z prądem, pielęgnując swoje nastroje.
Henrik urządził sobie urocze kawalerskie mieszkanie na poddaszu na Munkedamsveien34. Otto i ja regularnie spędzaliśmy tam wieczory — ja na starej narożnej kanapie na balkonie, rozmawiając z Henrikiem, który pokazywał mi swoje teczki i sztukę, Otto zaś przy fortepianie (był wtedy wyjątkowo zajęty swoją muzyką, pobierał lekcje u pani Onarheim i ćwiczył trudne utwory). Dla mnie wieczory w spokojnych, stylowych salonach Henrika stanowiły czysty odpoczynek.
— Niech to diabli, ale ten Henrik elegancko mieszka — powiedział Otto któregoś wieczoru, kiedy szliśmy do domu. — To coś zupełnie innego niż na przykład... nasz dom.