— Tak — zgodziłam się. — To tobie należą się wyrazy uznania za nasz dom... Ale jeśli ci się nie podoba, to...

— Boże broń! Jasne, że jest u nas uroczo i przyjemnie... Chodzi mi tylko o to, że nie jest tak... oryginalnie... jak u Henrika. Nie mam w tych sprawach rozeznania — dodał po chwili — ale w zasadzie to nie rozumiem, Marto... Myślę sobie, że dałabyś radę urządzić nas w takim stylu.

Nie wiem nawet, o co pokłóciliśmy się tamtego popołudnia — o jakąś błahostkę. Ale byłam nie w sosie, bo umęczyłam się, szykując dzieci na przyjęcie. Siedzieliśmy na balkonie, pijąc kawę, nalegałam na coś, aż w końcu Otto wybuchnął:

— Musisz, do cholery, wybacz, przyznać, że są rzeczy, na których nie znasz się lepiej od innych!

W tej samej chwili przyszedł Henrik, a zaraz potem dzieci hurtownika Høidala zjawiły się po nasze. Często złościł mnie naiwny podziw Ottona dla tych wielkomieszczańskich dzieciaków, zwłaszcza dla przemądrzałych, miniaturowych dam z naszego Westendu35 — czuł się wręcz zaszczycony tym, że jego dzieci mają z nimi przebywać. Teraz siedział na poręczy balkonu, słuchając, jak mała Judit w najlepsze opowiada o wszystkich balach, na których była tej zimy — bez trudu dało się poznać, że dziewczynka kłamie w swoich przechwałkach, ale Otto pozostawał pod wrażeniem.

Nagle rozległ się krzyk Halfreda, który najwyraźniej wdał się w bójkę z Einarem. Otto wpadł do środka, żeby zobaczyć, co się wyprawia.

Zaraz gdy pobiegł, Henrik i ja popatrzyliśmy na siebie i uśmiechnęliśmy się. Było w tym uśmiechu coś, co sprawiło, że się zawstydziłam. Poczułam, że Henrik zareagował tak samo. Więc, jakby na swoją obronę, zaczęłam mówić — po raz pierwszy bez ogródek — o moim i Ottona związku. Był to niemal zarzut wobec mojego męża.

— On niczego nie widzi — powiedziałam jakby na usprawiedliwienie, ale był to zarzut.

— Tak, nie widzi, że jesteś inna — powiedział przyjaciel Ottona, też próbując się bronić, choć wypadło to zdumiewająco blado.

Wtedy Otto wrócił; zatrzymał się przy moim fotelu, pocałował mnie i podniósł z miejsca.