— Czyż nie ładnie Marcie w tej sukni? Czyż nie jest urocza?
Zrobił to, bym zapomniała, że wcześniej się oburzył. Potem poszedł.
— No, gratuluję nowej sukni — powiedział Henrik i popatrzył na mnie przez chwilę. Następnie szybko spuścił wzrok.
Ale nie dość szybko. Głos też miał jakiś dziwny. Serce zabiło mi przez to mocniej. „On się w tobie kocha”.
Nic sobie wtedy nie pomyślałam, lecz uznałam to za zabawne. Siedemnastoletni podlotek nie zareagowałby bardziej bezmyślnie, nie ucieszyłby się z większym cynizmem.
Tamtego wieczoru kokietowałam Henrika, świadomie i dość prostacko. Miałam w bucie gwoździk, który mnie uwierał, więc zrzuciłam but i poprosiłam Henrika, żeby zgiął ten gwoździk, uderzając go kamieniem. Uczynił to i oddał mi but.
— Niesamowite, jaka jesteś elegancka — powiedział Henrik. — Codziennie nosisz jedwabne pończochy?
— Tyle dostaję ich od Ottona — odparłam. — Zagustował w nich w Paryżu. — Po czym opowiedziałam, jak tańczyłam dla niego kankana.
Henrik miał minę, jakby zjadł coś gorzkiego.
— Doprawdy powinnaś jeszcze kiedyś spróbować.