— Myślę, że teraz niewiele by to pomogło — powiedziałam. Zeszliśmy do ogrodu. — Bo widzisz, Otto uważa, że na wszystko jest czas. Dla niego czas kankana już minął. Teraz ma nam być miło w naszym przytulnym domu. A jeśli mi nie jest miło, to już tylko mój problem, bo on nawet tego nie zauważa. Nie dlatego, że o mnie nie myśli, to pewnie akurat robi, ale myśli o mnie zawsze jak o swojej własnej, wyjątkowej rzeczy.
I znów rozmawialiśmy o Ottonie.
— W pewnym sensie on bardziej myśli o wszystkich innych niż o samym sobie. Ale ci inni w jakimś sensie muszą być jego ludźmi. Dlatego też tak ciężko pracuje, bo w gruncie rzeczy pracuje tylko dla siebie, na siebie. Chyba nie umiałby pracować tak po prostu. Z miejsca by umarł i to z radością, za ciebie lub dzieci, ale za jakąś sprawę... nigdy!
„Parobek!”, przemknęło mi przez myśl. Natychmiast poczułam, że nie, nie mam prawa tak mówić, brzydkie to i nikczemne, a fe. Próbowałam wymazać to słowo, ale już nie jego efekt, bo chciałam patrzeć na Ottona nieco z góry.
— Biedaczyna męczy się, by jak najszybciej spełniać wszystkie twoje życzenia, tak że nie masz nawet czasu sobie czegoś zażyczyć. A nigdy nie wpadnie mu do głowy, że jakiś człowiek mógłby życzyć sobie czegoś innego niż on. Widzisz, on już dawno zapomniał, że nie urodziłaś się Martą Oulie.
— Henriku — powiedziałam — czasem życzyłabym sobie, żeby nie był tak strasznie miły. Wolałabym wręcz, żeby mnie bił. Bo na to tutaj nie ma żadnej rady.
— Ty też chyba jesteś nieco winna, bo mogłabyś trochę bardziej się bronić.
— Kiedy byłam zakochana, nie mogłam. A teraz, później...
— Później... — powiedział Henrik, tonem, który nagle zasiał we mnie niepewność, więc spuściłam wzrok i powoli rzekłam:
— Później to później. Nie da się nic na to poradzić.