Szczerze się zawstydziłam, kiedy dziś tutaj przyszła. Przez co najmniej dwa miesiące wybierałam się do niej, ale to odwlekałam. Aż tu ona przychodzi z dżemem malinowym dla mnie, ma też truskawki i róże dla Ottona.
Biedna mała Mia; też nie ma wesoło, wiecznie zajęta dziećmi. Ja na jej miejscu nie chodziłabym z różami i truskawkami dla chorych przyjaciół. Ale ona powiedziała tylko łagodnie:
— Och, tak, Marto, ktoś na tym świecie musi znosić, co najgorsze.
Ach, życie, życie, życie!
Wszystkie te stracone, puste lata, kiedy chodziłam wpatrzona w siebie, aż stałam się samotna wśród ludzi, bo oglądałam tylko przypadkowe, chaotyczne ślady, a nie ich samych.
Bo chociaż nauczyłam się patrzeć na rzeczy, których oni nie widzą, i choć wypełniali mi myśli rzeczami, o których nie myślą — jaki ma to związek z życiem? Czy ktoś ma czarne włosy czy brązowe, proste plecy czy zgarbione — nasze ciała żyją w ten sam sposób, krew płynie w żyłach, musimy jeść i pić. Naszym duszom trzeba tego samego, cierpią ten sam głód i pragnienie, choć nauczone są żądać innego pokarmu. Nie mamy zapewne innej duszy niż życie naszego ciała — jakie żyje w nas niczym płomień na materiale, który się pali.
Tyle dróg sprowadziło mnie na manowce. Teraz będzie inaczej. Nie wiem, czym jest życie, ale samotność nim nie jest.
Jak zrodzeni jesteśmy z życia innych, tak, czerpiąc od innych, podtrzymywać musimy nasze istnienie. Musimy płacić za nie, codziennie dając coś z siebie.
Czasem, siedząc u Ottona, nabieram wielkiej ochoty, aby zsunąć się przy nim, położyć mu głowę na kolanach i powiedzieć.. Sama nie wiem co. Może nic.
Nigdy przecież nie mogę z nim o tym rozmawiać. W sumie dlatego to wszystko spisałam. To część mnie, którą wydzieliłam z siebie i teraz od siebie odsuwam — nie będzie mi potrzebna w życiu, jakie zamierzam wieść.