— A w niedzielę spotkaliśmy na ulicy wujka Henrika i każdy z nas dostał po dwie korony.
Miałam ogromną ochotę odłożyć te rękawiczki gdzieś daleko, razem z wyrzutami sumienia. Ale ze względu na chłopców jestem zmuszona nosić je, aż zostaną z nich strzępy.
3 stycznia 1903
Otto nie chce wracać do domu. Odkąd jesienią pierwszy raz mocno pluł krwią, chyba uświadomił sobie, że już nie wróci.
To mój rozpaczliwy pomysł, żeby podjąć znów pracę w szkole, winien jest tego, że chce tam zostać. Otto dostrzega teraz w tym kroku moją mądrą przezorność i wmawia sobie, że ani lekarz, ani ja nie wierzyliśmy latem w poprawę, dlatego porzucił wszelką nadzieję. Jestem zupełnie bezradna, nie mogę przecież zdradzić mu prawdziwego powodu, a moje wyjaśnienia brzmią pusto. Nie mogę też porzucić pracy, którą tak szczęśliwie udało mi się zdobyć — nie da się biegać tak tam i z powrotem, muszę też być przygotowana na utrzymywanie dzieci.
Gdy to się kiedyś skończy, muszę też porozmawiać z Henrikiem. Dotąd się unikaliśmy. Któregoś dnia — zanim Ottonowi się pogorszyło — powiedział:
— Kiedy Otto wyzdrowieje, przejmę posadę w Londynie.
Gdyby tylko dało się przestać myśleć o tym wszystkim, o środkach na życie, zmartwieniach finansowych, o męce i szkole — wciąż tylko ten smutek i kurczowe trzymanie się każdej minuty, którą możemy spędzić razem, my dwoje, których czeka rozłąka.
Dokucza mi wieczna gorączka lęku, cierpię z powodu każdej zmarnowanej godziny, kiedy nie jestem przy nim. A gdy już tam jestem, smucę się, cierpię i boję się mówić. Siedzę ze swoją robótką, gadam o dzieciach, przyjaciołach, znajomych i nowinkach z miasta albo czytam na głos rzeczy, których on chce słuchać — Lie41, Kiellanda42 i Kiplinga43 — śmiertelnie bojąc się, że poruszę jedyny temat, o którym oboje myślimy. Pojmuję jednak, że w ogóle ani trochę nie pomaga mi to chciwe oszczędzanie każdej kropli niknącej żywotności — ani odrobinkę.
8 stycznia 1903