— Dziękuję — odparł Said ben Ali bez namysłu i znów zrobił minę wskazującą na chęć oddalenia się.
Na twarzy Stiny Brenner przysiadł szelmowski uśmieszek. Ani przez chwilę nie uwierzyła w to, że Said ben Ali odejdzie, skoro ona chce, by został.
— Proszę być tak dobrym i wreszcie usiąść — powiedziała w końcu.
Więc Said ben Ali usiadł.
Znów nastała cisza; przerwał ją ptak, ćwierkający na drzewie nad nimi.
Wtedy Szwedka zaczęła mówić, głaszcząc przy tym porośnięty mchem kamień, na którym siedziała.
— Te ptasie śpiewy, zapach lasu, słońce i jezioro. To prawdziwy, szwedzki, letni poranek, panie ben Ali! Proszę wdychać powietrze, głęboko; wdycha pan zdrowie. To dobrze robi, prawda? Nieładnie pan czasem kaszle.
— Nie tu, w Nääs. W Anglii było gorzej.
— Ach, kochany angielski klimat! Sporo bywałam w Anglii. Pan też nie lubi Anglików, panie ben Ali — dodała wprost.
Said ben Ali wzdrygnął się.