Głos mu drżał, gdy wypowiadał słowa. I mówił dalej:

— A gdy ujrzy się wzgórze Mokattam, jest się już blisko Kairu. Wtedy wysoko, wysoko pojawia się cytadela i minarety przy meczecie Muhammada Alego. Pociąg sunie z wolna obok ogrodów z palmami, drzewami pomarańczowymi, pełnych bordowych pnączy i białych powojów, figowców przy Matai41. Aż do pustyni, gór i Nilu rozciąga się wielkie, jasne, rozmigotane miasto...

Zasłaniał oczy dłońmi, jakby go oślepiło słońce, i śpiewnym tonem wyszeptał:

— To Kair!

Nastąpiła bardzo długa cisza. Stina Brenner zrozumiała, że powinna zostawić Saida ben Alego samego. Szybko wstała i podniosła książkę, która upadła na ziemię.

— Dziękuję, panie ben Ali — rzekła. — Muszę już iść. Będę wdzięczna, jeśli następnym razem zechce mi pan opowiedzieć trochę o samym Kairze.

Wymamrotał kilka niezrozumiałych słów.

— Ależ nie, nie. Ma pan dla siebie jeszcze kilka godzin w lesie, ale proszę nie zapomnieć, że w niedzielę jadamy obiad o wpół do trzeciej. A teraz do widzenia! Dziękuję za opowieść o Egipcie. Wspaniale będzie zobaczyć ten kraj. Gdy pan opowiadał, zatęskniłam.

Odparł ze spokojem:

— Ja również.