Aleją ruszyli do parku. Szli obok siebie w milczeniu, ale Said ben Ali kilka razy rzucił ukradkiem spojrzenie na twarz przyjaciółki — w blasku księżyca była jaśniejsza.
„O czym teraz myśli”, zastanawiał się, ale nie zadał pytania na głos. Wiedział, co chce jej powiedzieć, nie wiedział tylko, jak zacząć. Wystarczy zacząć, a ona natychmiast zrozumie. Nie była jak inne kobiety. Rozumiała bez słów.
Mijali pary i grupki, ale nikt do nich nie zagadywał, ani oni do nikogo, ledwie ich zauważano. Szli jak po smugach księżycowego blasku, czuli, jakby wszystko ich unosiło na białym, rozedrganym świetle.
Stina wchodziła teraz przed nim pod niewielkie wzniesienie, aż do ogrodzenia, po czym powoli otworzyła furtkę. Przekroczyli ją z poważnymi minami. Na środku dużego okrągłego trawnika, otoczonego wysokimi świerkami, stał sarkofag oświetlony blaskiem księżyca, a w nim palmy i kwiaty. Sam grób także był pokryty świecącym dywanem z kwiatów. Nad tym kurhanem54 z widokiem na jezioro, na którym drobne marszczenia mieniły się w blasku, z wysokimi świerkami stojącymi na straży wokół jasnego sarkofagu ze złotym nazwiskiem, unosiła się wzruszająca, uroczysta aura.
Milcząc, przystanęli nad grobem. Towarzyszka Saida ben Alego usłyszała, jak ten szepcze z powagą:
— Dziękuję.
Dziękował umarłemu. Długo tak stał.
Stina usiadła na ławce obok, po chwili i on do niej dołączył. Obserwowała, jak księżyc skrzy się między świerkami. Po srebrnej smudze na tafli jeziora przemieszczała się mała łódka. Wskazała na nią. Potem spojrzała na niego.
— Chciałbym, żeby potrafiła pan zgadnąć, o czym myślę, tak jak wcześniej — powiedział powoli i poważnie.
— Spróbuję, ale musi mi pan pomóc!