— Gdy przybędzie pani do Egiptu, panno Brenner... — zaczął z drżeniem, jakie pojawiało się w jego głosie za każdym razem, gdy wypowiadał nazwę kraju. — Kiedy przyjedzie pani do Egiptu, zrozumie pani, dlaczego się na to zdecydowałem. To znaczy, że zdecydowałem tak nie tylko dlatego, że tego pragnąłem, lecz również przez to, że wierzę, iż tak chciał Bóg! Ale wiele należałoby wcześniej powiedzieć, a niełatwo jest o tym mówić wprost. Jednak muszę to powiedzieć przed wyjazdem z Nääs, tak by wiedziała pani o tym, zanim przybędzie do Egiptu. Rozumie pani, co chcę powiedzieć?
Potrząsnęła głową.
— Nie, panie ben Ali, tym razem nie mam pojęcia.
W końcu z ociąganiem, jakby ważył każde słowo, rzekł:
— Panno Brenner, jeśli pani ojciec by żył, i gdyby nie był... Albo przez okoliczności, nad którymi nie miałby władzy, nie mógł być... Gdyby nie był taki, jakim życzyłaby go sobie pani... I gdyby miała pani wyjść za kogoś za mąż, a ten, którego dla pani wybrano, nie miałby duszy ani wykształcenia, tylko był jak małe dziecko, także to ze względu na okoliczności niezależne od niego. Co by pani wówczas zrobiła?
Patrzyła na niego z pytającym wyrazem twarzy.
— Chodzi panu o to, że miałabym powiedzieć... Nie rozumiem, do czego pan zmierza.
— Czy gdyby pani to odkryła, bo powiedzmy, że nigdy nie spotkała pani mężczyzny poza ojcem i przyszłym mężem, i nie mogłaby pani porównać, a przez to zrozumieć, czego im brakuje... Chodzi mi o to, co by pani zrobiła? Czy uwierzyłaby pani, że Bóg chce, by ich pani wychowała?
— Wychować mojego ojca i przyszłego męża? — Energicznie potrząsnęła głową. — Nie, panie ben Ali, na pewno bym w to nie wierzyła.
— Nawet, gdy nazywam ich ojcem i mężem, i mówię do pani, kobiety, o mężczyznach, nie rozumie pani. Ale gdyby chodziło o mężczyznę, gdyby myślał o matce i przyszłej wybrance, i o całej rodzinie.