Teraz go zrozumiała i poczuła, że to trudne pytanie.

— Ach, oczywiście, Tak, nie, nie nękałabym matki, nie sugerowała, że czegoś jej brakuje.

— Takie jest też moje zdanie. Jest przecież stara i to nic nie szkodzi, ale młodzież... Młodzi są okropni. Zrozumie pani to zaraz po przyjeździe do Egiptu. Ale proszę nie sądzić, panno Brenner, że wykształceni muzułmanie wymagają od żon, by nosiły nakrycia głowy; prorok nigdy tego nie nakazał, kobiety same tak chciały i nie chodzi tylko o chusty. O wszystko. Dopiero teraz, tutaj to zrozumiałem. Wydaje mi się, że od tego należy zacząć. Wolą boską jest, by nasze kobiety stały się takie jak wy. Czy nie wydaje się pani, że potrafią i że właśnie tego chce Bóg?

— Owszem, tak sądzę. Wydaje mi się, panie ben Ali, że pański kraj będzie szczęśliwy i wielki, kiedy wy, wasze kobiety — zatrzymała się na chwilę, by znaleźć najbardziej odpowiednie słowo — kiedy wasze kobiety będą się liczyć.

Podziękował. Był wdzięczny, że padła ta odpowiedź i że ona myśli w ten sam sposób. Reszta była już łatwiejsza.

— To nad tym rozmyślałem tu w Nääs. Nauczyłem się tego od pani. Proszę mi powiedzieć, co pani myśli o naszych — jego głos był teraz smutniejszy niż zwykle — o naszych biednych kobietach.

— Nie, panie ben Ali. Nie znam ich, nigdy ich nie widziałam.

— Ale czytała pani o nich, wyrobiła sobie pani zdanie, w przeciwnym razie nie mówiłaby pani tak jak przed chwilą. Co pani o nich myśli?

Lecz ona wciąż się opierała.

— Nie. Nie mogę z panem o tym dyskutować. Proszę pamiętać, że chce pan, bym rozprawiała o pana przyszłej żonie.