— Dopiero po ślubie należy pokochać swojego męża — odparł, łagodnie pouczając.

Ten ton nieco ją zirytował.

— Domyślam się, że wschodnia kobieta zawsze kocha swego męża po ślubie, ale nie jestem pewna, czy tak będzie z kobietą z Zachodu. Pochodzimy z odmiennych kultur, panie ben Ali.

— Nie chce pani mnie poślubić, bo jestem Egipcjaninem?

Odpowiedziała powoli, jakby mówiła również do siebie:

— Jesteśmy odmiennej kultury, odmiennej wiary, z różnych stron świata.

— Poślubiłaby mnie pani, gdybym był Anglikiem?

Nie odpowiedziała. Nie wiedziała, jakie słowa za bardzo go nie urażą.

Źle zrozumiał jej milczenie, mocno chwycił ją za ramię. Chciał ją zdobyć. Już nie myślał o tym, że to wola boska, tylko jego własna. Kochał ją.

— Dlaczego został mi tylko ten krótki moment od zachodu księżyca do wschodu słońca, by zmusić panią do zamienienia tego czarnego „nie” w jasne „tak”? Proszę powiedzieć „tak”, a co rano i co wieczór będę całował pani stopy — błagał.