Gdy nie odpowiedziała, odezwał się urzekającym tonem:

— Poczekam na to „tak” w takim spokoju, cicho i nieruchomo, że ptak nie odfrunie mi z głowy.

Puścił jej ramię, czekał ze wzrokiem żebrzącym o miłość. Przez chwilę wydało jej się, że powiedzenie „nie” jest dużo trudniejsze od „tak”. Usłyszała pieśń dobiegającą z łodzi, która wciąż pływała po srebrnej smudze; radosne głosy z parku wdzierały się na oświetlone księżycem wzgórze z grobowcem. Wciąż czekał, a ona odparła tymi samymi słowami. Nie potrafiła znaleźć innych.

— Nie mogę pana poślubić, Saidzie ben Ali.

— Pani oczy lśnią blaskiem księżyca, niech pani serce zmięknie jak ta woda tam w dole, zamiast być twardym i zimnym jak ten kamień — prosił wzruszającym tonem.

— Nie mogę pana poślubić — powtórzyła drżącym głosem.

Mówiąc to, poczuła, jakie to straszne odrzucić wyznanie miłosne w ten księżycowy, nasycony uczuciami wieczór.

Zauważył zmianę w jej głosie, na nowo wybuchła w nim nadzieja, chwycił jej dłoń. Ona wstała, chciała już iść.

— Gdybym tylko miał więcej czasu, gdybym nie musiał jutro wyjeżdżać! Gdybyśmy byli w Egipcie, nie mogłaby mi pani odmówić. Gdy oświeci panią nasze słońce, gdy zobaczy pani Nil...

Potrząsnęła głową, próbowała uwolnić dłoń.