Tym razem odezwał się surowszym tonem:

— Pytam po raz ostatni, czy zechce pani wyjść za mnie?

Znów potrząsnęła głową, odparła — jemu i sobie — suchym tonem:

— Nie, nie chcę pana poślubić.

Usłyszała, jak mruczy pod nosem:

— A więc to nie jest wola boska.

Puścił jej rękę i ostrym głosem powiedział:

— To wstyd, żeby kobiety, które nie należą do innych mężczyzn i nie są im przyrzeczone, chodziły swobodnie i bez nakrycia głowy. To nam nie odpowiada, to niewłaściwe, okropne. Idź, idź, zniknij mi z oczu.

Widziała, jak ręką zakrywa oczy, co miał w zwyczaju. Wahała się, czy odejść. Nie chciała być przegnana ostrymi słowami. Po dłuższej chwili uniósł głowę, choć wciąż zasłaniał oczy, i powiedział głosem dziecka, które się zgubiło:

— Jeśli boi się pani iść sama, panno Brenner, pójdę z panią. Ale jest jeszcze jasno.