— Nie boję się. Pojdę już.
Nasłuchiwał jej lekkich kroków na piaszczystej ścieżce, jak zaskrzypiała furtka, gdy ją z wolna otworzyła i zamknęła za sobą.
Został sam na grobowym wzgórzu.
VII
Jezioro spowijały lekkie poranne mgły, dzień zapowiadał się cudny. Sądząc po sile wiatru nad Sävelången, podróż Saida ben Alego przez Morze Północne55 miała być pomyślna. A w Nääs dzień budził się słoneczny i ciepły. Na niebie ani jednej chmury, tylko białe, lekkie obłoczki.
Cały sto dwudziesty piąty kurs zebrał się nad brzegiem. Wszyscy, którzy dotarli tu wcześniej, stali na pomoście. Cały chór, szwedzka i egipska flaga powiewały w porannej bryzie; był tam dyrektor z żoną i każdy, kto miał się za bliskiego przyjaciela Saida ben Alego. Pozostali, którym nie udało się wejść na pomost, zebrali się wielką gromadą na brzegu.
Saida ben Alego nie było jeszcze widać, znad wody coraz częściej dobiegały okrzyki:
— Gdzież pan ben Ali?
Co bardziej nerwowy kursant przewidywał, że pan ben Ali nie zdąży, gdyż parowiec przybędzie lada chwila. Czy to nie para tam przy cyplu z werandą? Nie. I oto nadchodził pan ben Ali, czerwony fez błyszczał między drzewami.
Sam musiał się zaniepokoić, że się spóźni, bo teraz zbiegał po zboczu. Zbladł ze wzruszenia, gdy zobaczył zebranych, którzy przyszli się pożegnać i powiewającą na pomoście czerwoną flagę z białym półksiężycem i gwiazdą.