Każdy mijany kursant podawał mu dłoń, szwedzcy nauczyciele, z którymi nawet nie zamienił słowa, powtarzali wyuczone: „Good bye, Mr ben Ali56, podobnie pozostali — Rumun, Grek, Bułgar, Węgrzy, Amerykanie i Anglicy.

Gdy ściskał dłoń dyrektora, do oczu Saida ben Alego napłynęły łzy; bardziej spostrzegawczy dojrzeli, że już wcześniej płakał, oczy miał zaczerwienione.

— Panowie Morris i Brown oraz panna Brenner i panna Karlson odwiozą pana do Flody — odezwał się dyrektor. — Panowie pomogą z bagażem, a dziewczęta zadbają o pana — dodał zawadiacko, bo pragnął po raz ostatni zobaczyć piękny uśmiech Saida ben Alego.

Ale on nie był w stanie się uśmiechnąć, nawet po to, by zadowolić dyrektora. Wiedział, gdzie pomiędzy dziewczętami stoi panna Brenner — nie na tyle daleko, by zwrócić uwagę, ale też nie tak blisko, by Said ben Ali musiał ją musnąć, kiedy chodził wśród zebranych, dziękował i ich żegnał. Podszedł do gromadki, w której stała, i uścisnął dłoń każdej panny, także jej.

Gdy już miał odejść, odwrócił się i poprawnym angielskim tonem rzekł:

— Panno Brenner, mam tu egipski adres, który pani obiecałem. Zechce pani przejść ze mną kilka kroków, bym mógł go pani wręczyć? Jest w moim płaszczu. Nie, dziękuję, sam po niego podejdę. — dodał pospiesznie, gdy jakiś Anglik chciał pobiec po okrycie. — Zechce pani, panno Brenner?

— Proszę daleko nie odchodzić, panie ben Ali — krzyknął dyrektor, widząc, jak ten znika. — Statek będzie tu lada chwila!

Ale Said ben Ali go nie słyszał. Powiesił płaszcz na gałęzi, kawałek dalej od miejsca, gdzie wszyscy się zebrali, a teraz trzymał przed sobą notatnik i wskazywał palcem na pustą kartkę.

— Panno Brenner, proszę nie płynąć ze mną do Flody. W tym samym momencie zobaczę, jak pani i Nääs zanurzacie się w Sävelången. Skoro nie była to wola boska... I przepraszam, że wczoraj byłem nieuprzejmy i nie odprowadziłem pani do domu.

Wypowiadał słowa z wysiłkiem, jakby powtarzał zdanie, którego wyuczył się na pamięć.